Forum Watchtower: Dzieci-głosiciele - Forum Watchtower

Skocz do zawartości

  • 8 stron +
  • 1
  • 2
  • 3
  • Ostatnia »
  • Nie możesz napisać tematu
  • Nie możesz odpowiedzieć

Dzieci-głosiciele

#1 Użytkownik nie jest zalogowany   jb 

  • ^o^
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Moderatorzy
  • Postów 4057
  • Rejestracja: 2003-04-13
  • Płeć:Female
  • Lokalizacja:Polska

Napisano 2007-06-20, godz. 00:10

Ostatnio czytałam na forum JWD historię opowiadaną przez dziadka (obecnie nieczynnego głosiciela), który z ciężkim sercem patrzy na postępowanie swojego syna oraz smutne dzieciństwo ośmioletniego wnuczka. Po rozwodzie rodziców chłopiec musi spędzać co drugi weekend u ojca, surowego świadka Jehowy. Dziecko jest siłą zaciągane na zebrania oraz zmuszane do uczestniczenia w głoszeniu. Kiedy chłopiec wyraża sprzeciw, to jest za to bity. Matka zgłosiła sprawę służbom społecznym oraz policji, ale najwyraźniej nie spotkało się to z jakąś konkretną reakcją.

W kontekście tej historii chciałabym zapytać, jak to jest z dziećmi–głosicielami. Jak oceniacie wczesne wdrażanie dzieci do służby polowej? Jakie reakcje takich małoletnich głosicieli znacie: czy chętnie się angażują w obowiązki teokratyczne, czy – podobnie jak opisany chłopiec – jest to ponad ich siły i chęci?

Pytanie do wychowanych w Prawdzie: w jakim byliście wieku, kiedy zaczęliście głosić? Czy to była Wasza inicjatywa? Jak podchodziliście do tego obowiązku? Czy uznawaliście to wtedy za swój obowiązek?
Pytanie do wychowujących dzieci w Prawdzie: w jakim wieku były Wasze dzieci, kiedy zaczęły głosić i czy był to ich własny wybór?
.jb

#2 Użytkownik nie jest zalogowany   sebol 

  • Elita forum (> 1000)
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 3836
  • Rejestracja: 2003-04-19
  • Lokalizacja:Waldenburg

Napisano 2007-06-20, godz. 04:45

Wyświetl postUżytkownik jb dnia 2007-06-20 02:10 napisał

Dziecko jest siłą zaciągane na zebrania oraz zmuszane do uczestniczenia w głoszeniu.


norma ;-) ale największy "sadyzm", dzieci zwłaszcza te małe, przeżywają na trzy-, cztero- dniowych zgromadzeniach !
"Nie umiem wyobrazić sobie Boga nagradzającego i karzącego tych, których stworzył, a którego cele są wzorowane na naszych własnych - krótko mówiąc, Boga, który jest jedynie odbiciem ludzkich słabości." A.Einstein

"Religia jest obrazą godności ludzkiej
Bez niej mamy dobrych ludzi czyniących dobre rzeczy
i złych ludzi czyniących złe rzeczy
Żeby jednak dobrzy ludzie czynili złe rzeczy,
potrzeba religii" Richard Dawkins

#3 Użytkownik nie jest zalogowany   Padre Antonio 

  • Ateista
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 2291
  • Rejestracja: 2005-08-04
  • Płeć:Male

Napisano 2007-06-20, godz. 06:56

Ja w wieku 7-8 lat chodziłem na głoszenie. Początkowo, jak wynikało to z mojej inicjatywy (mama pionierka stała) to nawet było fajnie. Naciskanie dzwonków na głoszeniu od domu do domu, picie wody z sokiem i jedzenie ciastek na odwiedzinach, czy studiach. Później, w wieku 10-12 lat kiedy "zachęcano" mnie do zostania głosicielem, czując niechęć lecz z obowiązku (nie wiedziałem dlaczego) nim zostałem.

Co można powiedzieć komuś na głoszeniu w tym wieku?
Jaką się ma wiedzę?
Pamiętam do dziś, jak powiedziałem jednemu starszemu panu, że Ziemia i ludzie mają 6000 lat :D
Ja pierdykam, dopiero niedawno zrozumiałem jego zdziwienie na twarzy ;)

No cóż, moja wewnętrzna alienacja przyszła dosyc szybko i już w wieku 12-13 lat głosiłem na siłę. Najchętniej z rówieśnikami lub trochę starszą młodzieżą, nieoficjalnie na tzw. "spacerkach".
Niestety ojciec uparł się, że co niedziela będziemy razem głosić. Żeby mnie dobrze wyszkolić wziął teren obok podwórka na którym było boisko i chłopaki już z rańca - po teleranku - grali w piłkę, a ja akurat szedłem ze zbiórki w wieśniackim garniturku. Na dodatek w tym bloku mieszkało jak na złość najwięcej moich kumpli, więc ci którzy akurat nie byli na dworzu mogli mnie podziwiać "w akcji" :) Niektórzy to olewali, ale mniej więcej połowa zachowywała się jak na każde nastoletnie dziecko przystało :)
Ile ja się "jehowych" nasłuchałem.

Każde niedzielne przedpołudnie było dla mnie koszmarem.

Użytkownik Padre Antonio edytował ten post 2007-06-20, godz. 06:58

"Jeśli dojdziesz ostatecznie do tego, że nie ma Boga, zachętą do cnoty i odwagi niech będzie dla ciebie radość i przyjemność, jaką dawało ci samo myślenie, i miłość innych, którą ci ono zapewni" Thomas Jefferson

#4 Użytkownik nie jest zalogowany   brat_jaracz 

  • Nadzorca widnokręgu ;-)
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 3225
  • Rejestracja: 2005-06-21
  • Płeć:Male

Napisano 2007-06-20, godz. 06:59

Pytanie do wychowanych w Prawdzie: w jakim byliście wieku, kiedy zaczęliście głosić? Czy to była Wasza inicjatywa? Jak podchodziliście do tego obowiązku? Czy uznawaliście to wtedy za swój obowiązek?
Pytanie do wychowujących dzieci w Prawdzie: w jakim wieku były Wasze dzieci, kiedy zaczęły głosić i czy był to ich własny wybór?
[/quote]


Kiedy zacząłem "głosić" - nie pamiętam (cudzysłów celowy, bo nie można tego uznać za głoszenie). Rodzice zabierali mnie "w pracę" od bardzo wczesnego dzieciństwa. Do przyjemniejszych wspomnień na pewno należą wyjazdy na "tereny oddalone", mimo że nie zawsze bywało tam swojsko i bezpiecznie. A w PGR-ach lepiej było wcale się nie pojawiać.
W typowej "pracy" bywało już znacznie gorzej. Pamiętam zacienione klatki schodowe, chamstwo, tysiące schodów i tę nadzieję, że gdy się zadzwoni do drzwi, to może nikogo nie będzie w domu... Mówię o sobie - przymuszanie do głoszenia przychodziło mi z wielkim trudem, zwłaszcza jeśli była sobota, a koledzy w tym czasie grali w nogę. Dla mnie był to ogromny stres i wysiłek - głównie psychiczny.
Trzeba dodać, że w zborze panowała presja, a dzieci również powinny były "świecić przykładem". Zwłaszcza jeśli były dziećmi osoby na przywileju. Dlatego rodzice w zasadzie nie mieli większego pola manewru - chąc nie chąc, zabierali dzieciaki "na głoszenie".
Dla mnie osobiście były to na tyle silne przeżycia, że choć już jestem starym koniem, do dziś pamiętam zbiórki i głoszenie z czasów, gdy miałem 5-6 lat. Pamiętam nawet wygląd klatek schodowych, jakieś szczegóły mieszkań. To o czymś świadczy. I nie ma w zasadzie w tym niczego dziwnego. Oto dziecko zostaje oderwane od naturalnego środowiska i rzucone w jakiś mikrokosmos, którego nie rozumie. A to zostaje na całe życie...
"W świecie panuje skłonność do odrzucania przewodnictwa. (...) W organizacji Bożej nie ma ducha niezależnego myślenia, a ponadto naprawdę możemy ufać tym, którzy nam przewodzą".
Strażnica z 15 września 1989, s. 23.


"Każdy może krytykować, a (...) dopuszczenie do krytyki to nikomu nie podoba się. Dlatego, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie (...)".
"Rejs"

#5 Użytkownik nie jest zalogowany   Padre Antonio 

  • Ateista
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 2291
  • Rejestracja: 2005-08-04
  • Płeć:Male

Napisano 2007-06-20, godz. 07:09

Taaak ... skąd ja to znam :huh:
"Jeśli dojdziesz ostatecznie do tego, że nie ma Boga, zachętą do cnoty i odwagi niech będzie dla ciebie radość i przyjemność, jaką dawało ci samo myślenie, i miłość innych, którą ci ono zapewni" Thomas Jefferson

#6 Użytkownik nie jest zalogowany   brat_jaracz 

  • Nadzorca widnokręgu ;-)
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 3225
  • Rejestracja: 2005-06-21
  • Płeć:Male

Napisano 2007-06-20, godz. 07:09

[Żeby mnie dobrze wyszkolić wziął teren obok podwórka na którym było boisko i chłopaki już z rańca - po teleranku - grali w piłkę, a ja akurat szedłem ze zbiórki w wieśniackim garniturku. Na dodatek w tym bloku mieszkało jak na złość najwięcej moich kumpli, więc ci którzy akurat nie byli na dworzu mogli mnie podziwiać "w akcji" :) Niektórzy to olewali, ale mniej więcej połowa zachowywała się jak na każde nastoletnie dziecko przystało :)
Ile ja się "jehowych" nasłuchałem.

Każde niedzielne przedpołudnie było dla mnie koszmarem.



O rany, to właśnie było najgorsze - wstyd przed równieśnikami :( . Zabrzmi to może dziwacznie, ale to były inne czasy, a "jehowi" byli postaciami niczym z innej galaktyki. Ja również brałem tereny jak najbardziej oddalone od miejsc, w których mieszkali moi szkolni koledzy; najlepiej kilka przystanków autobusowych dalej. Przyłapywałem się na różnych paranojach - musiałem dokładnie wiedzieć, kto i gdzie mieszka, żeby przypadkiem na niego nie natrafić podczas głoszenia. A to była niemała gimnastyka. Tak samo orientowałem się w zborze, kto ma jaki teren i starałem się nie chodzić w pracę z tymi, którzy głosili w "zagrożonym" rejonie. Niektóre paranoje były dość wesołe - np. swego czasu byłem miłośnikiem kurtek z kołnierzami-stójkami. Dlaczego? Bo jak się je zapięło szczelnie pod szyją, to zasłaniały krawat :) Teraz się z tego śmieję, ale wtedy nie było mi do śmiechu.

Korzystając z okazji: pozdrawiam anonimowego odstępcę z ulicy Podkarpackiej w Gdańsku (mam nadzieję, że jeszcze żyje). Miałem może 8 lat, jak po raz pierwszy zetknąłem się z rasowym odstępcą :) . I w odoatku był bardzo miły. Popatrzył na mnie z politowaniem, pokiwał głową i powiedział: "Wiesz, kiedyś też byłem taki jak ty. I też chciało mi się chodzić, żeby przekonywac innych. A teraz, popatrz, zyję sobie po swojemu. I wiesz co? Jestem szczęśliwy". To mi dało sporo do myślenia.
"W świecie panuje skłonność do odrzucania przewodnictwa. (...) W organizacji Bożej nie ma ducha niezależnego myślenia, a ponadto naprawdę możemy ufać tym, którzy nam przewodzą".
Strażnica z 15 września 1989, s. 23.


"Każdy może krytykować, a (...) dopuszczenie do krytyki to nikomu nie podoba się. Dlatego, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie (...)".
"Rejs"

#7 Użytkownik nie jest zalogowany   Padre Antonio 

  • Ateista
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 2291
  • Rejestracja: 2005-08-04
  • Płeć:Male

Napisano 2007-06-20, godz. 07:40

Wyświetl postUżytkownik brat_jaracz dnia 2007-06-20 09:09 napisał

[Żeby mnie dobrze wyszkolić wziął teren obok podwórka na którym było boisko i chłopaki już z rańca - po teleranku - grali w piłkę, a ja akurat szedłem ze zbiórki w wieśniackim garniturku. Na dodatek w tym bloku mieszkało jak na złość najwięcej moich kumpli, więc ci którzy akurat nie byli na dworzu mogli mnie podziwiać "w akcji" :) Niektórzy to olewali, ale mniej więcej połowa zachowywała się jak na każde nastoletnie dziecko przystało :)
Ile ja się "jehowych" nasłuchałem.

Każde niedzielne przedpołudnie było dla mnie koszmarem.
O rany, to właśnie było najgorsze - wstyd przed równieśnikami :( . Zabrzmi to może dziwacznie, ale to były inne czasy, a "jehowi" byli postaciami niczym z innej galaktyki. Ja również brałem tereny jak najbardziej oddalone od miejsc, w których mieszkali moi szkolni koledzy; najlepiej kilka przystanków autobusowych dalej. Przyłapywałem się na różnych paranojach - musiałem dokładnie wiedzieć, kto i gdzie mieszka, żeby przypadkiem na niego nie natrafić podczas głoszenia. A to była niemała gimnastyka. Tak samo orientowałem się w zborze, kto ma jaki teren i starałem się nie chodzić w pracę z tymi, którzy głosili w "zagrożonym" rejonie. Niektóre paranoje były dość wesołe - np. swego czasu byłem miłośnikiem kurtek z kołnierzami-stójkami. Dlaczego? Bo jak się je zapięło szczelnie pod szyją, to zasłaniały krawat :) Teraz się z tego śmieję, ale wtedy nie było mi do śmiechu.

Korzystając z okazji: pozdrawiam anonimowego odstępcę z ulicy Podkarpackiej w Gdańsku (mam nadzieję, że jeszcze żyje). Miałem może 8 lat, jak po raz pierwszy zetknąłem się z rasowym odstępcą :) . I w odoatku był bardzo miły. Popatrzył na mnie z politowaniem, pokiwał głową i powiedział: "Wiesz, kiedyś też byłem taki jak ty. I też chciało mi się chodzić, żeby przekonywac innych. A teraz, popatrz, zyję sobie po swojemu. I wiesz co? Jestem szczęśliwy". To mi dało sporo do myślenia.


Ja pier..olę. Identyko :)
Najlepiej było zimą, kurka, szalik i czapka ;)
"Jeśli dojdziesz ostatecznie do tego, że nie ma Boga, zachętą do cnoty i odwagi niech będzie dla ciebie radość i przyjemność, jaką dawało ci samo myślenie, i miłość innych, którą ci ono zapewni" Thomas Jefferson

#8 Użytkownik nie jest zalogowany   Fly 

  • Domownik forum (501-1000)
  • PipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 712
  • Rejestracja: 2006-02-13

Napisano 2007-06-20, godz. 07:44

Panowie witajcie w klubie. Nic dodać nic ująć.
Ale czekam na opinię kogoś kto lubił głosić będąc dzieckiem.

#9 Użytkownik nie jest zalogowany   and 

  • Elita forum (> 1000)
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 1649
  • Rejestracja: 2005-09-15
  • Gadu-Gadu:0
  • Płeć:Male

Napisano 2007-06-20, godz. 07:51

ja nie głosiłem bo nie byłem śj.
odwiedzałem śzwagierkę śj a ona miała 4 dzieci i zabierała je na zebrania. Raz jak przyjechałem jeden z chłopców powiedział do mnie - dobrze ża wujek przyjechał nie będe mósiał iśc na zebranie.
To było dawno i żaden z chłopców nie został śJ.
pozdrawiam Andrzej

#10 Użytkownik nie jest zalogowany   [db] 

  • oświecony
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 2827
  • Rejestracja: 2006-03-02

Napisano 2007-06-20, godz. 09:14

Wyświetl postUżytkownik Fly dnia 2007-06-20 09:44 napisał

Ale czekam na opinię kogoś kto lubił głosić będąc dzieckiem.


Heh, na pewno się doczekasz... ;)

I ja witam w klubie, w zasadzie nie mogę nic dodać. Nawet kurtki zapinane pod szyję są jak widzę wspólną traumą...
[db]

#11 Użytkownik nie jest zalogowany   Fly 

  • Domownik forum (501-1000)
  • PipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 712
  • Rejestracja: 2006-02-13

Napisano 2007-06-20, godz. 13:16

Pamiętam jak kombinowałem żeby w niedzielę nie pójść na zbiórkę. Tak, niedziela była tym dniem tygodnia kiedy najczęściej byłem chory. A na pewno była dla mnie najbardziej znienawidzonym dniem tygodnia.
Ukrycie krawata to jedno a teczki to drugie. Na szczęście dostałem od ojca taką fajną małą teczkę, którą od biedy dało się schować pod kurtką kiedy szedłem na zbiórkę lub wracałem z terenu. Możecie więc sobie wyobrazić że nie przepadałem też za głoszeniem latem, kiedy krawat i teczka z daleka biły po oczach.
Ale najgorsze ze wszystkiego było, że czułem z tego powodu straszne wyrzuty sumienia. Bo ja nie znosiłem głoszenia, a wiedziałem że powinienem je lubić, bo Bóg tego ode mnie oczekuje.
Oj, nie było lekko.

#12 Użytkownik nie jest zalogowany   wojtek37 

  • Domownik forum (501-1000)
  • PipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 612
  • Rejestracja: 2003-04-08
  • Lokalizacja:Gdynia

Napisano 2007-06-20, godz. 13:31

Nigdy bym nie pomyślał, że to taka trauma dla dzieci, które zostają obdarte z dzieciństwa, by sprostać Starszym Zboru i rodzicom, którzy muszą się przecież wykazać. Ale zapytam prywatnie , czemu właściwie WTS każe dzieciom chodzić i głosić, coś czego jeszcze nie rozumieją, a powtarzają wyuczone formułki ?.

#13 Użytkownik nie jest zalogowany   brat_jaracz 

  • Nadzorca widnokręgu ;-)
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 3225
  • Rejestracja: 2005-06-21
  • Płeć:Male

Napisano 2007-06-20, godz. 13:41

Wyświetl postUżytkownik wojtek37 dnia 2007-06-20 15:31 napisał

Nigdy bym nie pomyślał, że to taka trauma dla dzieci, które zostają obdarte z dzieciństwa, by sprostać Starszym Zboru i rodzicom, którzy muszą się przecież wykazać. Ale zapytam prywatnie , czemu właściwie WTS każe dzieciom chodzić i głosić, coś czego jeszcze nie rozumieją, a powtarzają wyuczone formułki ?.



To okrutnie proste: dzieci nie potrafią odróżnić dobra od zła, prawdy od fałszu, toteż trzeba im zaordynować końską dawkę tej "jedynej prawdy". Żeby zostało im na całe życie. Stopniowe robienie waty z mózgu należy zaczynać już od niemowlęctwa. A mało było wzruszających obrazków, jak to dzieci wraz z rodzicami studiują Biblię (albo i co innego) albo dzielnie towarzyszą im "od drzwi do drzwi". A mało to było artukułów w stylu "Dzieci, które podobają się Jehowie". A mało to nasłuchaliśmy się na zebraniach o Panu Jezusie, który jako dziecko został w świątymi i dysputował z uczonymi w Piśmie (aluzja oczywista)? Wniosek oczywisty: im prędzej mozna komuś sprać i zaprogramować mózg, tym lepiej. Dla WTS-u oczywiście.

Jednego tylko nie przewidziała "Brooklyńska Rada Zydów" - to wszystko może spowodować dokładnie odwrotny efekt :P
"W świecie panuje skłonność do odrzucania przewodnictwa. (...) W organizacji Bożej nie ma ducha niezależnego myślenia, a ponadto naprawdę możemy ufać tym, którzy nam przewodzą".
Strażnica z 15 września 1989, s. 23.


"Każdy może krytykować, a (...) dopuszczenie do krytyki to nikomu nie podoba się. Dlatego, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie (...)".
"Rejs"

#14 Użytkownik nie jest zalogowany   Asiunia 

  • Forumowicz (51-500)
  • PipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 223
  • Rejestracja: 2006-05-07

Napisano 2007-06-20, godz. 14:08

Wyświetl postUżytkownik jb dnia 2007-06-20 02:10 napisał

(...)Pytanie do wychowanych w Prawdzie: w jakim byliście wieku, kiedy zaczęliście głosić? Czy to była Wasza inicjatywa? Jak podchodziliście do tego obowiązku? Czy uznawaliście to wtedy za swój obowiązek?
Pytanie do wychowujących dzieci w Prawdzie: w jakim wieku były Wasze dzieci, kiedy zaczęły głosić i czy był to ich własny wybór?

no to ja jeszcze może dodam, jak to u mnie było w młodym wieku...
nie pamiętam, ile miałam lat, gdy mama zaczęła mnie zabierać do służby. do czasu pójścia do szkoły było to nawet miłe i nie protestowałam za bardzo.
potem to było tylko gorzej... jak wiadomo, pojawili się koledzy i koleżanki... no a dzieci są zazwyczaj najbardziej wredne... ile to razy przed wyjściem z domu miałam okropny ból żołądka, który pojawiał się tak często, że w wieku około 14 lat spędziłam w szpitalu kilka tygodni i do dziś chyba nikt nie wie do końca co to było, jedyna diagnoza to była nerwica żołądka..ehh ciekawe, skąd?... :/
pozatym, podobnie jak przedmówcy, ile to się nakombinowałam, żeby czasami kogoś ze znajomych nie spotkac... najfajniej było na terenach oddalonych i ośrodkach :)
no i do dzisiejszego dnia coś mi z tego pozostało-->>>> nienawidzę spódnic i sukienek... może śmieszne... no ale..-> od małego musiałam je nosić i to w odpowiedniej długości jaka tylko przystoi kobiecie--"za kolano", czyli generalnie do połowy łydki.. hehehe.... no a że (co już niektórzy wiedzą) nie jestem obdarzona zbyt wysokim wzrostem--wygladałam idiotycznie... no nic... a żeby tego było mało, rodzice wymagali odemnie również takiego stroju przez cały czas(w tym do szkoły), więc wiecie jak ja się musiałam czuć... :)
tak więc obecnie w mojej szafie gości cała masa spodni(może jakos tak odreagowuje, nie wiem) i po jednej sztuce sukienka i spódnica... jak na mnie to i tak postęp hehehe
pzdr
asia

#15 Użytkownik nie jest zalogowany   Jarosław_P 

  • Forumowicz (51-500)
  • PipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 219
  • Rejestracja: 2007-06-02
  • Lokalizacja:Cork - Ireland

Napisano 2007-06-20, godz. 16:20

To było już tak dawno, ale pamiętam jeszcze jak to było.
Trochę inaczej niż normalnie, bo ja jako dziecko lubiłem iść z moim ojcem "do służby", miałem 6 może 8 lat, i choć nie zdarzało się to często, była to jedna z niewielu możliwości spędzenia z nim czasu, może to dlatego tak to lubiłem. Nie odzywałem się prawie wcale, moja "rola" ograniczała się do wręczenia publikacji lub odczytania wersetu z Biblii. I choć nie rozumiałem co czytam, a werset musiałem zaznaczyć sobie w Biblii jakąś zakładką, aby mieć pewność, że go odnajdę, to było to fajne uczucie, kiedy dorosły człowiek słuchał jak czytam, wiedziałem, że musi to być coś ważnego. O dziwo reakcje ludzi były bardzo pozytywne, może widok dziecka czytającego Biblię przed ich drzwiami wprawiał ich w osłupienie, a może to dlatego, że ładnie czytałem :D ...
Wtedy byłem za młody, żeby myśleć o reakcjach kolegów czy znajomych, oni by raczej tego nie rozumieli.
W szkole było różnie, wszyscy wiedzieli, że moi rodzice są ŚJ, więc co za tym idzie dla moich rówieśników ja automatycznie też byłem "Jehowym", zwłaszcza kiedy nie poszedłem na czyjeś urodziny, lub nie śpiewałem hymnu szkoły na uroczystościach szkolnych. Nigdy sam z siebie nie rozmawiałem na tematy religijne z kolegami ze szkoły, ale odpowiadałem na pytania, nawet udostępniłem im kilka publikacji, ale to było na ich wyraźną prośbę i dużo dużo później.
Później miałem przerwę w "głoszeniu", moi rodzice przestali zupełnie chodzić na zebrania, trwało to może ze 4 lata, kiedy w efekcie "reorganizacji rejonów" przydzielono nas do innego zboru, i trzeba było jeździć kawałek do "Sali Królestwa", najdziwniejsze jest to, że mając wtedy jakieś 10-14 lat ja sam jeździłem na te zebrania, robiłem notatki z wykładów, jedne mniej drugie bardziej skomplikowane... Przez ten cały czas nie pamiętam, żebym spotykał się z jakąś bezpośrednią zachętą do głoszenia ze strony np. Starszych. Widziałem, że dziwił ich sam fakt, że nie opuszczam zebrań i nie byli nachalni, od razu zauważali, jak opuściłem jakieś zebranie i pytali później czy wszystko w porządku... Zresztą nie trudno było nie zauważyć mojej nieobecności, byłem jedyną osobą (oprócz mówców z innych zborów goszczących u nas w niedziele) która siedziała w pierwszym rzędzie, naprzeciw mównicy.
W wieku 15 lat zmobilizowałem się (sam nie wiem jak) do oficjalnego głoszenia, zacząłem chodzić na zbiórki praktycznie co sobotę i czasem w niedziele po zebraniu także. Starałem się chodzić głosić tylko ze starszymi i pionierami, gdyż bałem się, że mógłbym sobie sam "nie poradzić" z jakimś rozmówcą.
Koledzy byli przyzwyczajeni do widoku mnie w garniturze, czy pod krawatem i z teczką, już nawet nie reagowali śmiechem, witali się ze mną i szli dalej.
Z biegiem lat zacząłem chodzić do służby nawet z młodszymi i niedoświadczonymi głosicielami i sprawiało mi to przyjemność.
W wieku 17 lat zdarzało mi się nawet prowadzić zbiórki do służby...
I właśnie chyba jak miałem 17 lat, przy okazji którejś kampanii z traktatami (Wiadomości Królestwa, nie pamiętam numeru), pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, że na nowym terenie drzwi otworzył mój dobry znajomy... Zamurowało mnie (wydawało mi się, że dziwnie się na mnie popatrzył). Starszy, który był ze mną chciał rozpocząć rozmowę, ale ja odezwałem się pierwszy witając się z kolegą i zupełnie bez zahamowań zaproponowałem mu traktat. Wtedy pierwszy raz przeżyłem coś takiego, nie wiem jak opisać to uczucie, czułem się bardzo dziwnie.
Podsumowując, nikt jako dziecka nie zmuszał mnie do "głoszenia", sam się na to zdecydowałem i sprawiało mi to przyjemność, może właśnie dlatego, że była to moja, tylko moja decyzja, jak mi się wtedy wydawało przemyślana. Dopiero wiele lat później miałem się przekonać, że nie był to najlepszy pomysł, ale to już nie na temat.
Pozdrawiam Forumowiczów.
"Mostem między przekonaniami oddzielonymi największą przepaścią jest szlachetność"
Aleksander Świętochowski

#16 Użytkownik nie jest zalogowany   Sebastian Andryszczak 

  • BYŁEM Świadkiem Jehowy
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 6348
  • Rejestracja: 2006-01-20
  • Gadu-Gadu:748371
  • Płeć:Male
  • Lokalizacja:Karpacz

Napisano 2007-06-20, godz. 18:46

No tak, rodzice siedzieli w domu, a ty głosiłeś, więc to była Twoja decyzja.

Ja mam podobne, pozytywne wspomnienia, z tą różnicą, że zostałem głosicielem jako niespełna 17 latek i była to moja pierwsza nieakceptowana przez rodzinę "dorosła" decyzja. Lubiłem chodzić w teren, nawet pionierowałem trochę w wakacje. Nie spotykałem znajomych, bo z rodzicami zawarłem kompromis że będę głosić w sąsiednim miasteczku.

Myślę jednak, że moich "prawie dorosłych" nastoletnich doświadczeń nie da się porównać z traumą kilkuletnich dzieci, zmuszanych siłą do głoszenia.

#17 Użytkownik nie jest zalogowany   v 

  • Forumowicz (51-500)
  • PipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 153
  • Rejestracja: 2003-04-03

Napisano 2007-06-20, godz. 19:46

Fajnie się czyta wasze wspomnienia ;) moje są w zasadzie identyczne, manewr z kurtką zasłaniającą krawat był chyba stosowany przez większość nastoletnich głosicieli ;). Myslę ze ten przykład pokazuje co było główną przyczyną traumy wśród młodych osób a w zasadzie dla nastolatków. Przyczyną był obciach, zażenowanie, wstyd przed rówieśnikami. Pamiętam strach jaki mi towarzyszył przed drzwiami znajomych z klasy albo na widok kolegów na podwórku. Takiego uczucia nie miałem np. na ośrodkach pionierskich. Uwielbiałem ośrodki. Mazury, jeziora, lasy, polne drogi, chlebaczek a w nim 20 czasopism w specjalnej tekturowej okładce, Biblia i bidonik z wodą. Jedyny problem to psy które nieraz biegały luzem ;) Głosiło się po 6,7 godz dziennie. Pamiętam kiedyś ośrodek na terenach prawosławnych tam ludzie zapraszali prawie do każdego domu, było miło, strach znikał, pojawiała się przyjemność po odwaleniu nikomu nie potrzebnej pracy w postaci rozpowszechnienia 20 czasopism. Fakt jednak pozostaje faktem dla dzieci głoszenie czy zebrania to męka, ale nie ze względu na treść czy gwałcenie jakiś przekonań, tylko obciach, nudę, wstyd.

#18 Użytkownik nie jest zalogowany   brat_jaracz 

  • Nadzorca widnokręgu ;-)
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 3225
  • Rejestracja: 2005-06-21
  • Płeć:Male

Napisano 2007-06-20, godz. 19:54

Jak pisze v, do pewnego momentu rzeczywiście dominującym uczuciem jest wstyd, niekiedy nawet strach. Heh, jak sobie przypomnę, ile to się nakombionowałem, żeby omijać tematy związne z religią w szkole (a miałem przecież głosić!). Gdy jechałem na zebranie samochodem, a widziałem na ulicy znajomych, potrafiłem schować głowę, żeby nikt mnie nie wypatrzył... Itp., itd.
Często jednak, na ogół w wieku dojrzewania, głosi się wbrew własnym przekonaniom. Gdy narastają wątpliwości, urodzony "w prawdzie" z reguły nie pobiegnie do starszych, ale dusi je w sobie. I kolejna trauma: zaczyna się CHODZENIE, a nie głoszenie. Później róznego rodzaju uniki, kręcenie albo nieprzychodzenie na umówioną godzinę w pracę (ulubione wymówki: nagła choroba albo zmiana planu lekcji ;) ). Tak więc, moim zdaniem, wstyd jest właściwy dla dzieci, a brzemię wątpliwości - dla młodzieży. Jedno i drugie przytłacza.
"W świecie panuje skłonność do odrzucania przewodnictwa. (...) W organizacji Bożej nie ma ducha niezależnego myślenia, a ponadto naprawdę możemy ufać tym, którzy nam przewodzą".
Strażnica z 15 września 1989, s. 23.


"Każdy może krytykować, a (...) dopuszczenie do krytyki to nikomu nie podoba się. Dlatego, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie (...)".
"Rejs"

#19 Użytkownik nie jest zalogowany   hubert684 

  • Elita forum (> 1000)
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 1993
  • Rejestracja: 2006-11-11
  • Płeć:Male

Napisano 2007-06-20, godz. 20:57

moje wspomnienia sa podobne do JAroslawa wspomniej. Prawde zaczolem poznawac majac ok 11 lat tzn w zasadzie z piatej klasyswiadectwa z religii juz nie dostalem i bylem sam u ksiedza powiedziec ze wiecej chodzic tam nie bede.
do sluzby tzn na zbiorke wybralem sie sam i tak juz zostalo. wowczas nie bylo pytan na glosiciela zdalem pierwsy owoc i juz... mile wspominam sliuzbe. z kolegami radzilem sobie roznie. jak jedna kolezanka wyzwaal mnie od kociej wiary to jej odparowalem: Tylko psy i katoliki nosza medaliki i mialem spokoj. ogolnie bylem lubiany wiec i koledzy liczyli sie z tym jak sie zachowuja. pozniej bylo coraz lepiej. niestety od rodzicow wsparcia nie mialem mama chrzcila sie razem ze mna i zawsze nalezala do osob bezwolnych tzn ja mialem byc duchowa glowa rodziny bo ojciec nie interesowal sie biblia, nawet byl czas ze nas troche przesladowal ale szybko zauwazyl ze w zasadzie ktos mu dzieci wychowuje i to nawet niezle wiec odpuscil. wolal pic.
tak osrodki byly wspaniale u mnie to sie po prostu zmienilo z kolonii na osrodki... przyjaznie, pierwsze zauroczenia ...przygoda ognisko chyba jak u kazdego. lubilem glosic kolegom tak mialem przez caly okres szkoly.. wiem ze co najmniej jeden kolega poznal prawde.. jak odwiedzili go SJ to on juz byl tak obeznany z prawda ze podjzewali go ze jest SJ z innego zboru...hihih a ja mu po prostu prawde opowiadalem, nie bylo kazji studiowac.. jego zona tez zostala nasza siostra... dowiedzialem sie o tym sprzatajac stadion w Zabrzu... ale uczucie!!!
nie wiem , ale ja zawsze bylem dumny ze jestem SJ, wiem powiecie ..cuz innego mogl hubert napisac aleja pisze prawde... bez wzgledu na to jak jest teraz.. ja bylem szczesliwy
[font=Tahoma]

#20 Użytkownik nie jest zalogowany   Sebastian Andryszczak 

  • BYŁEM Świadkiem Jehowy
  • PipPipPipPip
  • Grupa: Członkowie
  • Postów 6348
  • Rejestracja: 2006-01-20
  • Gadu-Gadu:748371
  • Płeć:Male
  • Lokalizacja:Karpacz

Napisano 2007-06-20, godz. 21:13

ja też byłem szczęśliwy... nie, to raczej nie było szczęście, dlaczego, opowiem poniżej... ale służba sprawiała mi radość i satysfakcję.

dzisiaj się możecie śmiać z tego, ale przyjąłem chrzest w 89 roku gdy walił się komunizm, a mnie wydawało się że to stary system rzeczy się wali. Kilka miesięcy po chrzcie, po rozwaleniu berlińskiego muru i upadku Ceausescu w Rumunii, bardzo się cieszyłem, że zdąrzyłem przyjąć chrzest bo zapewne za kilka miesięcy może być armagedon... ;)

Przeżywałem traumę że rodzice, a najbardziej że rodzeństwo nie słucha prawdy. Najbardziej żali mi było że w armagedonie umrze moja siostra Magdalenka, co do młodszego brata Andrzeja miałem nadzieję że się nawróci bo on wtedy sam dla własnej orientacji czytał Tysiąclatkę.

Kiedyś pamiętam jak mnie jedna siostra ze zboru "pocieszała", że rodzina która mnie "prześladuje" umrze w armagedonie, a ja się mało nie poryczałem z goryczy...

Udostępnij ten temat:


  • 8 stron +
  • 1
  • 2
  • 3
  • Ostatnia »
  • Nie możesz napisać tematu
  • Nie możesz odpowiedzieć

Użytkownicy przeglądający ten temat: 1
0 użytkowników, 1 gości, 0 anonimowych