-
8 stron
- 1
- 2
- 3
- →
- Ostatnia »
Dzieci-głosiciele
#1
Napisano 2007-06-20, godz. 00:10
W kontekście tej historii chciałabym zapytać, jak to jest z dziećmi–głosicielami. Jak oceniacie wczesne wdrażanie dzieci do służby polowej? Jakie reakcje takich małoletnich głosicieli znacie: czy chętnie się angażują w obowiązki teokratyczne, czy – podobnie jak opisany chłopiec – jest to ponad ich siły i chęci?
Pytanie do wychowanych w Prawdzie: w jakim byliście wieku, kiedy zaczęliście głosić? Czy to była Wasza inicjatywa? Jak podchodziliście do tego obowiązku? Czy uznawaliście to wtedy za swój obowiązek?
Pytanie do wychowujących dzieci w Prawdzie: w jakim wieku były Wasze dzieci, kiedy zaczęły głosić i czy był to ich własny wybór?
#2
Napisano 2007-06-20, godz. 04:45
Użytkownik jb dnia 2007-06-20 02:10 napisał
norma ;-) ale największy "sadyzm", dzieci zwłaszcza te małe, przeżywają na trzy-, cztero- dniowych zgromadzeniach !
"Religia jest obrazą godności ludzkiej
Bez niej mamy dobrych ludzi czyniących dobre rzeczy
i złych ludzi czyniących złe rzeczy
Żeby jednak dobrzy ludzie czynili złe rzeczy,
potrzeba religii" Richard Dawkins
#3
Napisano 2007-06-20, godz. 06:56
Co można powiedzieć komuś na głoszeniu w tym wieku?
Jaką się ma wiedzę?
Pamiętam do dziś, jak powiedziałem jednemu starszemu panu, że Ziemia i ludzie mają 6000 lat
Ja pierdykam, dopiero niedawno zrozumiałem jego zdziwienie na twarzy
No cóż, moja wewnętrzna alienacja przyszła dosyc szybko i już w wieku 12-13 lat głosiłem na siłę. Najchętniej z rówieśnikami lub trochę starszą młodzieżą, nieoficjalnie na tzw. "spacerkach".
Niestety ojciec uparł się, że co niedziela będziemy razem głosić. Żeby mnie dobrze wyszkolić wziął teren obok podwórka na którym było boisko i chłopaki już z rańca - po teleranku - grali w piłkę, a ja akurat szedłem ze zbiórki w wieśniackim garniturku. Na dodatek w tym bloku mieszkało jak na złość najwięcej moich kumpli, więc ci którzy akurat nie byli na dworzu mogli mnie podziwiać "w akcji"
Ile ja się "jehowych" nasłuchałem.
Każde niedzielne przedpołudnie było dla mnie koszmarem.
Użytkownik Padre Antonio edytował ten post 2007-06-20, godz. 06:58
#4
Napisano 2007-06-20, godz. 06:59
Pytanie do wychowujących dzieci w Prawdzie: w jakim wieku były Wasze dzieci, kiedy zaczęły głosić i czy był to ich własny wybór?
[/quote]
Kiedy zacząłem "głosić" - nie pamiętam (cudzysłów celowy, bo nie można tego uznać za głoszenie). Rodzice zabierali mnie "w pracę" od bardzo wczesnego dzieciństwa. Do przyjemniejszych wspomnień na pewno należą wyjazdy na "tereny oddalone", mimo że nie zawsze bywało tam swojsko i bezpiecznie. A w PGR-ach lepiej było wcale się nie pojawiać.
W typowej "pracy" bywało już znacznie gorzej. Pamiętam zacienione klatki schodowe, chamstwo, tysiące schodów i tę nadzieję, że gdy się zadzwoni do drzwi, to może nikogo nie będzie w domu... Mówię o sobie - przymuszanie do głoszenia przychodziło mi z wielkim trudem, zwłaszcza jeśli była sobota, a koledzy w tym czasie grali w nogę. Dla mnie był to ogromny stres i wysiłek - głównie psychiczny.
Trzeba dodać, że w zborze panowała presja, a dzieci również powinny były "świecić przykładem". Zwłaszcza jeśli były dziećmi osoby na przywileju. Dlatego rodzice w zasadzie nie mieli większego pola manewru - chąc nie chąc, zabierali dzieciaki "na głoszenie".
Dla mnie osobiście były to na tyle silne przeżycia, że choć już jestem starym koniem, do dziś pamiętam zbiórki i głoszenie z czasów, gdy miałem 5-6 lat. Pamiętam nawet wygląd klatek schodowych, jakieś szczegóły mieszkań. To o czymś świadczy. I nie ma w zasadzie w tym niczego dziwnego. Oto dziecko zostaje oderwane od naturalnego środowiska i rzucone w jakiś mikrokosmos, którego nie rozumie. A to zostaje na całe życie...
Strażnica z 15 września 1989, s. 23.
"Każdy może krytykować, a (...) dopuszczenie do krytyki to nikomu nie podoba się. Dlatego, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie (...)".
"Rejs"
#5
Napisano 2007-06-20, godz. 07:09
#6
Napisano 2007-06-20, godz. 07:09
Ile ja się "jehowych" nasłuchałem.
Każde niedzielne przedpołudnie było dla mnie koszmarem.
O rany, to właśnie było najgorsze - wstyd przed równieśnikami
Korzystając z okazji: pozdrawiam anonimowego odstępcę z ulicy Podkarpackiej w Gdańsku (mam nadzieję, że jeszcze żyje). Miałem może 8 lat, jak po raz pierwszy zetknąłem się z rasowym odstępcą
Strażnica z 15 września 1989, s. 23.
"Każdy może krytykować, a (...) dopuszczenie do krytyki to nikomu nie podoba się. Dlatego, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie (...)".
"Rejs"
#7
Napisano 2007-06-20, godz. 07:40
Użytkownik brat_jaracz dnia 2007-06-20 09:09 napisał
Ile ja się "jehowych" nasłuchałem.
Każde niedzielne przedpołudnie było dla mnie koszmarem.
O rany, to właśnie było najgorsze - wstyd przed równieśnikami
Korzystając z okazji: pozdrawiam anonimowego odstępcę z ulicy Podkarpackiej w Gdańsku (mam nadzieję, że jeszcze żyje). Miałem może 8 lat, jak po raz pierwszy zetknąłem się z rasowym odstępcą
Ja pier..olę. Identyko
Najlepiej było zimą, kurka, szalik i czapka
#8
Napisano 2007-06-20, godz. 07:44
Ale czekam na opinię kogoś kto lubił głosić będąc dzieckiem.
#9
Napisano 2007-06-20, godz. 07:51
odwiedzałem śzwagierkę śj a ona miała 4 dzieci i zabierała je na zebrania. Raz jak przyjechałem jeden z chłopców powiedział do mnie - dobrze ża wujek przyjechał nie będe mósiał iśc na zebranie.
To było dawno i żaden z chłopców nie został śJ.
#10
Napisano 2007-06-20, godz. 09:14
Użytkownik Fly dnia 2007-06-20 09:44 napisał
Heh, na pewno się doczekasz...
I ja witam w klubie, w zasadzie nie mogę nic dodać. Nawet kurtki zapinane pod szyję są jak widzę wspólną traumą...
#11
Napisano 2007-06-20, godz. 13:16
Ukrycie krawata to jedno a teczki to drugie. Na szczęście dostałem od ojca taką fajną małą teczkę, którą od biedy dało się schować pod kurtką kiedy szedłem na zbiórkę lub wracałem z terenu. Możecie więc sobie wyobrazić że nie przepadałem też za głoszeniem latem, kiedy krawat i teczka z daleka biły po oczach.
Ale najgorsze ze wszystkiego było, że czułem z tego powodu straszne wyrzuty sumienia. Bo ja nie znosiłem głoszenia, a wiedziałem że powinienem je lubić, bo Bóg tego ode mnie oczekuje.
Oj, nie było lekko.
#12
Napisano 2007-06-20, godz. 13:31
#13
Napisano 2007-06-20, godz. 13:41
Użytkownik wojtek37 dnia 2007-06-20 15:31 napisał
To okrutnie proste: dzieci nie potrafią odróżnić dobra od zła, prawdy od fałszu, toteż trzeba im zaordynować końską dawkę tej "jedynej prawdy". Żeby zostało im na całe życie. Stopniowe robienie waty z mózgu należy zaczynać już od niemowlęctwa. A mało było wzruszających obrazków, jak to dzieci wraz z rodzicami studiują Biblię (albo i co innego) albo dzielnie towarzyszą im "od drzwi do drzwi". A mało to było artukułów w stylu "Dzieci, które podobają się Jehowie". A mało to nasłuchaliśmy się na zebraniach o Panu Jezusie, który jako dziecko został w świątymi i dysputował z uczonymi w Piśmie (aluzja oczywista)? Wniosek oczywisty: im prędzej mozna komuś sprać i zaprogramować mózg, tym lepiej. Dla WTS-u oczywiście.
Jednego tylko nie przewidziała "Brooklyńska Rada Zydów" - to wszystko może spowodować dokładnie odwrotny efekt
Strażnica z 15 września 1989, s. 23.
"Każdy może krytykować, a (...) dopuszczenie do krytyki to nikomu nie podoba się. Dlatego, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie (...)".
"Rejs"
#14
Napisano 2007-06-20, godz. 14:08
Użytkownik jb dnia 2007-06-20 02:10 napisał
Pytanie do wychowujących dzieci w Prawdzie: w jakim wieku były Wasze dzieci, kiedy zaczęły głosić i czy był to ich własny wybór?
no to ja jeszcze może dodam, jak to u mnie było w młodym wieku...
nie pamiętam, ile miałam lat, gdy mama zaczęła mnie zabierać do służby. do czasu pójścia do szkoły było to nawet miłe i nie protestowałam za bardzo.
potem to było tylko gorzej... jak wiadomo, pojawili się koledzy i koleżanki... no a dzieci są zazwyczaj najbardziej wredne... ile to razy przed wyjściem z domu miałam okropny ból żołądka, który pojawiał się tak często, że w wieku około 14 lat spędziłam w szpitalu kilka tygodni i do dziś chyba nikt nie wie do końca co to było, jedyna diagnoza to była nerwica żołądka..ehh ciekawe, skąd?... :/
pozatym, podobnie jak przedmówcy, ile to się nakombinowałam, żeby czasami kogoś ze znajomych nie spotkac... najfajniej było na terenach oddalonych i ośrodkach
no i do dzisiejszego dnia coś mi z tego pozostało-->>>> nienawidzę spódnic i sukienek... może śmieszne... no ale..-> od małego musiałam je nosić i to w odpowiedniej długości jaka tylko przystoi kobiecie--"za kolano", czyli generalnie do połowy łydki.. hehehe.... no a że (co już niektórzy wiedzą) nie jestem obdarzona zbyt wysokim wzrostem--wygladałam idiotycznie... no nic... a żeby tego było mało, rodzice wymagali odemnie również takiego stroju przez cały czas(w tym do szkoły), więc wiecie jak ja się musiałam czuć...
tak więc obecnie w mojej szafie gości cała masa spodni(może jakos tak odreagowuje, nie wiem) i po jednej sztuce sukienka i spódnica... jak na mnie to i tak postęp hehehe
pzdr
asia
#15
Napisano 2007-06-20, godz. 16:20
Trochę inaczej niż normalnie, bo ja jako dziecko lubiłem iść z moim ojcem "do służby", miałem 6 może 8 lat, i choć nie zdarzało się to często, była to jedna z niewielu możliwości spędzenia z nim czasu, może to dlatego tak to lubiłem. Nie odzywałem się prawie wcale, moja "rola" ograniczała się do wręczenia publikacji lub odczytania wersetu z Biblii. I choć nie rozumiałem co czytam, a werset musiałem zaznaczyć sobie w Biblii jakąś zakładką, aby mieć pewność, że go odnajdę, to było to fajne uczucie, kiedy dorosły człowiek słuchał jak czytam, wiedziałem, że musi to być coś ważnego. O dziwo reakcje ludzi były bardzo pozytywne, może widok dziecka czytającego Biblię przed ich drzwiami wprawiał ich w osłupienie, a może to dlatego, że ładnie czytałem
Wtedy byłem za młody, żeby myśleć o reakcjach kolegów czy znajomych, oni by raczej tego nie rozumieli.
W szkole było różnie, wszyscy wiedzieli, że moi rodzice są ŚJ, więc co za tym idzie dla moich rówieśników ja automatycznie też byłem "Jehowym", zwłaszcza kiedy nie poszedłem na czyjeś urodziny, lub nie śpiewałem hymnu szkoły na uroczystościach szkolnych. Nigdy sam z siebie nie rozmawiałem na tematy religijne z kolegami ze szkoły, ale odpowiadałem na pytania, nawet udostępniłem im kilka publikacji, ale to było na ich wyraźną prośbę i dużo dużo później.
Później miałem przerwę w "głoszeniu", moi rodzice przestali zupełnie chodzić na zebrania, trwało to może ze 4 lata, kiedy w efekcie "reorganizacji rejonów" przydzielono nas do innego zboru, i trzeba było jeździć kawałek do "Sali Królestwa", najdziwniejsze jest to, że mając wtedy jakieś 10-14 lat ja sam jeździłem na te zebrania, robiłem notatki z wykładów, jedne mniej drugie bardziej skomplikowane... Przez ten cały czas nie pamiętam, żebym spotykał się z jakąś bezpośrednią zachętą do głoszenia ze strony np. Starszych. Widziałem, że dziwił ich sam fakt, że nie opuszczam zebrań i nie byli nachalni, od razu zauważali, jak opuściłem jakieś zebranie i pytali później czy wszystko w porządku... Zresztą nie trudno było nie zauważyć mojej nieobecności, byłem jedyną osobą (oprócz mówców z innych zborów goszczących u nas w niedziele) która siedziała w pierwszym rzędzie, naprzeciw mównicy.
W wieku 15 lat zmobilizowałem się (sam nie wiem jak) do oficjalnego głoszenia, zacząłem chodzić na zbiórki praktycznie co sobotę i czasem w niedziele po zebraniu także. Starałem się chodzić głosić tylko ze starszymi i pionierami, gdyż bałem się, że mógłbym sobie sam "nie poradzić" z jakimś rozmówcą.
Koledzy byli przyzwyczajeni do widoku mnie w garniturze, czy pod krawatem i z teczką, już nawet nie reagowali śmiechem, witali się ze mną i szli dalej.
Z biegiem lat zacząłem chodzić do służby nawet z młodszymi i niedoświadczonymi głosicielami i sprawiało mi to przyjemność.
W wieku 17 lat zdarzało mi się nawet prowadzić zbiórki do służby...
I właśnie chyba jak miałem 17 lat, przy okazji którejś kampanii z traktatami (Wiadomości Królestwa, nie pamiętam numeru), pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, że na nowym terenie drzwi otworzył mój dobry znajomy... Zamurowało mnie (wydawało mi się, że dziwnie się na mnie popatrzył). Starszy, który był ze mną chciał rozpocząć rozmowę, ale ja odezwałem się pierwszy witając się z kolegą i zupełnie bez zahamowań zaproponowałem mu traktat. Wtedy pierwszy raz przeżyłem coś takiego, nie wiem jak opisać to uczucie, czułem się bardzo dziwnie.
Podsumowując, nikt jako dziecka nie zmuszał mnie do "głoszenia", sam się na to zdecydowałem i sprawiało mi to przyjemność, może właśnie dlatego, że była to moja, tylko moja decyzja, jak mi się wtedy wydawało przemyślana. Dopiero wiele lat później miałem się przekonać, że nie był to najlepszy pomysł, ale to już nie na temat.
Pozdrawiam Forumowiczów.
Aleksander Świętochowski
#16
Napisano 2007-06-20, godz. 18:46
Ja mam podobne, pozytywne wspomnienia, z tą różnicą, że zostałem głosicielem jako niespełna 17 latek i była to moja pierwsza nieakceptowana przez rodzinę "dorosła" decyzja. Lubiłem chodzić w teren, nawet pionierowałem trochę w wakacje. Nie spotykałem znajomych, bo z rodzicami zawarłem kompromis że będę głosić w sąsiednim miasteczku.
Myślę jednak, że moich "prawie dorosłych" nastoletnich doświadczeń nie da się porównać z traumą kilkuletnich dzieci, zmuszanych siłą do głoszenia.
#17
Napisano 2007-06-20, godz. 19:46
#18
Napisano 2007-06-20, godz. 19:54
Często jednak, na ogół w wieku dojrzewania, głosi się wbrew własnym przekonaniom. Gdy narastają wątpliwości, urodzony "w prawdzie" z reguły nie pobiegnie do starszych, ale dusi je w sobie. I kolejna trauma: zaczyna się CHODZENIE, a nie głoszenie. Później róznego rodzaju uniki, kręcenie albo nieprzychodzenie na umówioną godzinę w pracę (ulubione wymówki: nagła choroba albo zmiana planu lekcji
Strażnica z 15 września 1989, s. 23.
"Każdy może krytykować, a (...) dopuszczenie do krytyki to nikomu nie podoba się. Dlatego, mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było, tylko aplauz i zaakceptowanie (...)".
"Rejs"
#19
Napisano 2007-06-20, godz. 20:57
do sluzby tzn na zbiorke wybralem sie sam i tak juz zostalo. wowczas nie bylo pytan na glosiciela zdalem pierwsy owoc i juz... mile wspominam sliuzbe. z kolegami radzilem sobie roznie. jak jedna kolezanka wyzwaal mnie od kociej wiary to jej odparowalem: Tylko psy i katoliki nosza medaliki i mialem spokoj. ogolnie bylem lubiany wiec i koledzy liczyli sie z tym jak sie zachowuja. pozniej bylo coraz lepiej. niestety od rodzicow wsparcia nie mialem mama chrzcila sie razem ze mna i zawsze nalezala do osob bezwolnych tzn ja mialem byc duchowa glowa rodziny bo ojciec nie interesowal sie biblia, nawet byl czas ze nas troche przesladowal ale szybko zauwazyl ze w zasadzie ktos mu dzieci wychowuje i to nawet niezle wiec odpuscil. wolal pic.
tak osrodki byly wspaniale u mnie to sie po prostu zmienilo z kolonii na osrodki... przyjaznie, pierwsze zauroczenia ...przygoda ognisko chyba jak u kazdego. lubilem glosic kolegom tak mialem przez caly okres szkoly.. wiem ze co najmniej jeden kolega poznal prawde.. jak odwiedzili go SJ to on juz byl tak obeznany z prawda ze podjzewali go ze jest SJ z innego zboru...hihih a ja mu po prostu prawde opowiadalem, nie bylo kazji studiowac.. jego zona tez zostala nasza siostra... dowiedzialem sie o tym sprzatajac stadion w Zabrzu... ale uczucie!!!
nie wiem , ale ja zawsze bylem dumny ze jestem SJ, wiem powiecie ..cuz innego mogl hubert napisac aleja pisze prawde... bez wzgledu na to jak jest teraz.. ja bylem szczesliwy
#20
Napisano 2007-06-20, godz. 21:13
dzisiaj się możecie śmiać z tego, ale przyjąłem chrzest w 89 roku gdy walił się komunizm, a mnie wydawało się że to stary system rzeczy się wali. Kilka miesięcy po chrzcie, po rozwaleniu berlińskiego muru i upadku Ceausescu w Rumunii, bardzo się cieszyłem, że zdąrzyłem przyjąć chrzest bo zapewne za kilka miesięcy może być armagedon...
Przeżywałem traumę że rodzice, a najbardziej że rodzeństwo nie słucha prawdy. Najbardziej żali mi było że w armagedonie umrze moja siostra Magdalenka, co do młodszego brata Andrzeja miałem nadzieję że się nawróci bo on wtedy sam dla własnej orientacji czytał Tysiąclatkę.
Kiedyś pamiętam jak mnie jedna siostra ze zboru "pocieszała", że rodzina która mnie "prześladuje" umrze w armagedonie, a ja się mało nie poryczałem z goryczy...
Udostępnij ten temat:
-
8 stron
- 1
- 2
- 3
- →
- Ostatnia »
Pomoc

















