CHRZEŚCIJAŃSKI OŚRODEK APOLOGETYCZNY

/ Destrukcyjne sekty / Świadkowie Jehowy / Artykuł

KRYZYS SUMIENIA: Dwojakie normy

"Doktorzy prawa i faryzeusze zasiedli na mównicy Mojżesza; czyńcie więc wszystko, cokolwiek wam powiedzą, słuchajcie uważnie ich słów, ale nie bierzcie przykładu z ich postępowania; gdyż mówią jedno, a czynią co innego." (Mat.23:2-3; za New English Bible)

W publikacjach Towarzystwa "Strażnica" można znaleźć wiele cennych i pomocnych opracowań. Drukowane tam artykuły często podtrzymują wiarę w Stwórcę, zachęcają do właściwego życia rodzinnego, zalecają uczciwość, akcentują ważność pokory i innych cech - a czynią to w oparciu o Pismo Święte. Z kolei inne artykuły ostro atakują religijne zwodzicielstwo i obłudę. Rozważmy na przykład fragment takiego, opublikowanego w Strażnicy, artykułu. Jego kopię znajdujemy na następnej stronie.

"Na przestrzeni całej swej historii Towarzystwo "Strażnica" nigdy nie splamiło się winą ukrywania czy wybielania zła, usprawiedliwiania wykroczeń przeciwko Bożym, sprawiedliwym normom, przeciwko wskazanej przez Niego drodze", dotyczy to jednak wykroczeń zauważonych na terenie różnych organizacji religijnych oraz w życiu przywódców tychże organizacji. Publikacje "Strażnicy" przodowały w rozgłaszaniu na cały świat każdego błędu, każdego dowodu obłudy znalezionego w tych organizacjach. Podkreślały one podobieństwo pomiędzy zwodzicielską działalnością współczesnych przywódców religijnych a postępowaniem faryzeuszy z czasów współczesnych Jezusowi. Przedstawiały zarazem jasno swoje własne stanowisko, polegające na ścisłym trzymaniu się sprawiedliwych norm, na moralnej prawości oraz na szczerym i uczciwym postępowaniu w każdej dziedzinie.

Dokładnie z tego właśnie powodu pewna informacja, ujawniona w czasie, kiedy Ciało Kierownicze debatowało nad problemem służby zastępczej, stała się dla mnie wiadomością nad wyraz niepokojącą. Informacja ta - a nadeszła ona z Meksyku - już sama w sobie była czymś sensacyjnym. Jednak dla mnie bardziej niepokojącym okazał się ujawniony dzięki niej ostry kontrast pomiędzy stanowiskiem organizacji przyjętym wobec tego kraju, a stanowiskiem wobec innego, leżącego w Afryce Wschodniej państwa - Malawii (dawniejszej Nyasaland).

Czy można być szczerym wobec Boga
i jednocześnie skrywać fakty?

Co się dzieje, gdy szerzy się nie zdemaskowane kłamstwo? Czyż milczenie nie pomaga kłamstwu uchodzić za prawdę, czy nie ułatwia mu wywierania większego wpływu na innych, być może z ich poważną szkodą? Co się dzieje, gdy zło i niemoralność pozostawiamy nie zdemaskowane i nie potępione? Czyż nie przypomina to ukrywania infekcji, bez żadnego wysiłku wyleczenia jej czy powstrzymania przed rozszerzaniem się?

Gdy ludzie narażeni są na niebezpieczeństwo ze strony, z której najmniej się go spodziewają lub gdy są wprowadzeni w błąd przez tych, którzy mienią się ich przyjaciółmi, czy jest rzeczą niewłaściwą ostrzec ich? Być może postanowią nie uwierzyć ostrzeżeniu. Może nawet poczują się nim dotknięci. Lecz czy zwalnia nas to od moralnej odpowiedzialności za ostrzeżenie?

Jeśli należysz do tych, którzy pragną być wierni Bogu, zagadnienia związane z tymi pytaniami mają dziś dla ciebie żywotne znaczenie. Dlaczego? Dlatego, że w każdym okresie historii słudzy Boży musieli stawać twarzą w twarz z wyzwaniem rzuconym przez te zagadnienia. Musieli eksponować fałsz i zło, musieli przestrzegać ludzi przed niebezpieczeństwem i złudą - nie w sposób ogólnikowy, lecz konkretnie, wyłącznie w interesie chwały Bożej. Byłoby o wiele łatwiej zachować milczenie lub mówić to, co ludzie chcą słyszeć. Lecz wierność wobec Boga oraz miłość bliźniego skłaniała ich do mówienia. Świadomi byli tego, że "lepsza jest jawna nagana, niż fałszywa miłość" - Przyp. 27:5

Trwały przykład

Rozważmy sytuację starożytnego Izraela i przykład, jaki stanowili wówczas prorocy Boga. Zło "zakwitło" w tym narodzie. Nieuczciwość, gwałt, niemoralność i obłuda zniesławiły imię Boga, któremu Izraelici w swym przekonaniu służyli. Czy ludzie przychylnie przyjmowali Boże napomnienie? Przeciwnie, Biblia podaje, że tak odpowiadali prorokom Bożym:

"Nie miejcie widzeń! (...) Nie prorokujcie nam nagiej prawdy! Mówcie nam pochlebstwa, prorokujcie złudzenia! Ustąpcie z drogi, zboczcie ze ścieżki!" - Izaj. 30:10-11.

Większość przywódców religijnych szukała popularności tak właśnie postępując - skrywając i "wybielając" zło oraz wykroczenia przeciw Bożym, sprawiedliwym normom, przeciw objawionym przez niego ścieżkom. Lecz Boże instrukcje, skierowane do jego prawdziwych proroków, streszczają się w słowach wypowiedzianych do proroka Ezechiela: "Teraz co się tyczy ciebie, synu człowieczy, stróżem uczyniłem cię..." Dla właściwej oceny należy zaznajomić czytelnika nieco z historią. Począwszy od roku 1964 Świadkowie Jehowy w Malawii zaczęli doznawać prześladowań i gwałtów na skalę, jaką rzadko spotyka się we współczesnym świecie. Przewaliły się nad nimi - jedna za drugą - fale zakrojonych na skalę całego kraju wrogich ataków i brutalności rozwścieczonych tłumów. Miało to miejsce w latach 1964, 1967, 1972 i raz jeszcze w 1975. Pierwszy atak pozostawił 1081 Malawijskich rodzin ze spalonymi lub zdemolowanymi domami oraz 588 ich pól ze zniszczonym urodzajem. Po atakach w 1967 roku Świadkowie donosili o gwałtach dokonanych na ponad tysiącu ich kobiet. Jedna z matek została zgwałcona przez sześciu różnych mężczyzn, a jej 13-to letnia córka przez trzech. Z tego powodu co najmniej czterdzieści kobiet doznało poronień. Każda fala gwałtów, bicia, tortur, a nawet morderstw przebiegała zasadniczo bez interwencji ze strony władz i osiągała taką intensywność, że tysiące rodzin musiało opuścić swoje domy oraz pola i szukać ratunku w ucieczce do sąsiednich krajów. W 1972 roku - według wiarogodnych danych - 8975 Świadków uciekło do Zambii, 11600 do Mozambiku. Z biegiem czasu, gdy ataki ucichły, rodziny przenosiły się z powrotem do swego rodzinnego kraju. I wówczas nowa fala zmuszała ich do ponownej ucieczki. Dodatkiem do całej tej tragedii były raporty z obozów dla uchodźców donoszące o małych dzieciach umierających z powodu braku leków i pomocy medycznej. [1]

Co było powodem tych powracających burz prześladowań? Powodem była odmowa przyjęcia przez Świadków legitymacji partyjnej rządzącej partii politycznej. Malawia była wówczas jednopartyjnym państwem, rządzonym przez Partię Kongresową Malawii z jej przywódcą Dr A. Kamuzu Banda, "dożywotnim Prezesem" państwa. Świadkowie Jehowy, którzy wcześniej o to pytali, zostali poinformowani przez oddział Towarzystwa, że przyjęcie takiej legitymacji partyjnej byłoby naruszeniem ich chrześcijańskiej neutralności, kompromisem, a w konsekwencji aktem niewierności względem Boga. Stanowisko oddziału zostało potwierdzone przez międzynarodową centralę i szczegółowo omówione w publikacjach Towarzystwa "Strażnica". Przeważająca większość Świadków z Malawii mocno trzymała się tego stanowiska, choć koszt, jaki musieli za to zapłacić, był ogromny.

Brutalności, z jaką spotkali się bezbronni ludzie w Malawii, nic nie jest w stanie usprawiedliwić. Jestem co do tego całkowicie przekonany. Urzędnicy rządowi i partyjni z pełnym zdecydowaniem dążyli do stworzenia państwa całkowicie uległego swej polityce, państwa, w którym każdy powinien posiadać legitymację partyjną - jej posiadanie uważane było za namacalny dowód lojalności względem rządu. Metody, jakimi się posłużono do osiągnięcia tego celu, świadczyły o zdeprawowaniu rządzących, nosiły wręcz piętno przestępstwa.

Mam jednak poważne wątpliwości co do stanowiska zajętego przez oddział, a zaakceptowanego przez międzynarodową centralę w Brooklynie. Istnieje kilka przyczyn tych wątpliwości.

W 1975 roku wyznaczono mi zadanie napisania artykułu na temat ostatniej fali terroru skierowanego przeciwko Świadkom w Malawii. Wyjaśniając, dlaczego Świadkowie Jehowy odnieśli się tak poważnie do nabycia legitymacji partyjnej, przytoczyłem opublikowane już wcześniej informacje, podkreślające podobieństwo pomiędzy ich stanowiskiem a stanowiskiem chrześcijan pierwszych wieków, którzy odmawiali złożenia na ołtarzu szczypty kadzidła jako ofiary dla "geniusza" rzymskiego imperatora. [2] Przytaczając wówczas te informacje czułem się jednak niepewnie: czy użyte przeze mnie porównanie jest całkowicie uzasadnione. Nie ma wątpliwości co do tego, że umieszczenie szczypty kadzidła na ołtarzu było aktem złożenia boskiej czci. Czy nabycie legitymacji partyjnej było również wyraźnym aktem religijnym? Właściwie nie mogłem znaleźć żadnego silnego argumentu przemawiającego za tym. Czy nabycie legitymacji partyjnej było więc naruszeniem chrześcijańskiej neutralności, złamaniem wierności względem Boga?

Nie mogę powiedzieć, że mój pogląd na tę sprawę był wówczas w pełni skrystalizowany. Również dziś nie jestem w tej sprawie całkowicie pewny. Ale poniżej przytoczone myśli, które przyszły mi wtedy do głowy, kazały mi się zastanowić, na ile solidną postawę przyjęła Organizacja (w końcu byłem członkiem jej Ciała Kierowniczego) dla uzasadnienia nieugiętego stanowiska, potępiającego nabycie takiej legitymacji jako naruszenie wierności względem Boga:

Problem zasadzał się na fakcie, że legitymacja ta była legitymacją "polityczną" stanowiącą znak przynależności do partii "politycznej". Dla wielu osób, a szczególnie dla Świadków Jehowy, słowo "polityczny" jawi się jako określenie opisujące coś, co jest z natury złe. Na przestrzeni wieków skorumpowani politycy przy czynili się do nadania temu słowu niesmacznego wydźwięku, jaki posiada ono obecnie. To samo można jednak powiedzieć o takich słowach jak "pobożny", które często wywołuje obraz świętoszkowatości, nieszczerej świętości, z jaką obnoszą się niektórzy obłudnie religijni ludzie. Jednakże słowo "pobożny" ma właśnie związek z należną czcią i ze szczerym poświęceniem się Bogu - takie jest jego podstawowe znaczenie. Podobnie treść słowa "polityczny" dobrze oddaje poniższa definicja słownikowa: "Polityczny - posiadający ustalony, regularny system lub administrację rządową; odnoszący się do rządu cywilnego lub jego administracji; wyrażony w sprawach państwa lub sprawach miary narodowej; odnoszący się do narodu lub państwa albo do narodów lub państw w znaczeniu innym niż społeczne lub samorządowe i traktujący o polityce lub władzy; dotyczący politycznych partii. [3]

Wiedziałem, że słowo "polityczny", podobnie jak słowo "polityka", pochodzi od greckiego polis, co oznacza po prostu: miasto. W grece polites znaczyło: obywatel, a przymiotnik politikos znaczyło: dotyczący obywateli, dotyczący państwa.

Język angielski za pośrednictwem łaciny przyswoił sobie te terminy, tak więc pochodzący z łaciny wyraz polityka znaczy po prostu: obywatelstwo, rząd, administracja. Takie słowa jak "policja" czy "polityka" pochodzą z tego samego źródłosłowu.

Oczywiście każdy rząd jest polityczny w ścisłym znaczeniu tego słowa. Każdy rząd na ziemi jest tworem politycznym; każda grupa polityczna zorganizowana w określoną formę rządów, tworzy "wspólnotę polityczną" (od greckiego słowa "politeia"), czyli "państwo o określonym ustroju". Być obywatelem jakiegokolwiek kraju, to być członkiem państwa politycznego, to cieszyć się z przywilejów jak również nieść odpowiedzialność, jaką to członkostwo za sobą pociąga. Zakres, w jakim jednostka może poddawać się wymaganiom takiego państwa politycznego może być różny, lecz członkostwo wciąż pozostaje faktem.

Właśnie o takich państwach politycznych i ich władzach pisze apostoł Paweł w Liście do Rzymian, rozdziale trzynastym. Zachęca on chrześcijan do poddawania się władzy zwierzchniej jako "słudze Bożemu". To prawda, że działalność polityczna może ulec korupcji; nie ma żadnych wątpliwości, że polityczne Państwo Rzymskie stało się właśnie takim wyjątkowo skorumpowanym państwem. Nie znaczy to jednak, że wszystko co polityczne jest tym samym złe. Fakt skorumpowania działalności politycznej nie znaczy też, że obywatelstwo, tzn. przynależność do określonej wspólnoty narodowej lub państwowej jest czymś z natury złym. Za pochodne (jednak nie zasadnicze i nie podstawowe) znaczenie słowa "polityka" - jako "splotu chytrych planów i intryg ze strony ludzi żądnych władzy, chwały, pozycji, itp." - odpowiedzialne są w większości partie polityczne wraz z ich konkurencją o władzę. Takie postępowanie jest złe, lecz nie dlatego, że wszystko, co odnosi się do polityki jest złe. Brak działalności politycznej w sensie świeckim jest brakiem władzy.

Prowadzi to do drugiego powodu moich wątpliwości. Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego człowiek postępujący zgodnie z sumieniem pragnie odizolować się od walki politycznej, od zażartej konkurencji, która zwykle charakteryzuje politykę partii. Jednakże tym, co skłania mnie do poważnego zastanowienia się nad sytuacją w Malawii był i jest fakt, że kraj ten jest państwem jednopartyjnym. Partia Kongresowa Malawii jest partią rządzącą, działalność zaś innych partii jest zakazana. W ten sposób partia rządząca jest de facto odpowiednikiem samego rządu, stanowi "władzę zwierzchnią". Jeśli człowiek może być obywatelem - a zatem członkiem narodowej społeczności politycznej - nie łamiąc tym samym wierności Bogu, jakie mamy podstawy, aby twierdzić, że poddanie się wymogowi rządu (wyrażanemu przez głowę państwa), aby każdy nabył legitymację rządzącej partii, stanowi naruszenie takiej wierności Bogu? Zastanawiałem się wówczas, i czynię to nadal, na czym polega i jak wielka jest ta różnica? Najbardziej jednak zastanawiam się nad tym, czy gdyby w podobnej sytuacji znaleźli się mężowie z czasów biblijnych (Abraham, Daniel, Jezus, Jego apostołowie, pierwsi chrześcijanie), czy patrzyliby na sprawę uległości wobec takich wymagań rządu w taki sposób, jak patrzy Organizacja? Prawdą jest, że w Malawii nie wprowadzono żadnego oficjalnego prawa stanowiącego o nabyciu legitymacji partyjnych, lecz czy taki szczegół techniczny zostałby potraktowany przez Jezusa Chrystusa jako sprawa zasadnicza w obliczu stwierdzeń władz mających zasięg ogólnonarodowy? [4] Jak patrzyliby na to chrześcijanie pierwszego wieku w świetle napomnienia apostolskiego: "Oddajcie każdemu to, co mu się należy: komu podatek - podatek, komu cło - cło, komu uległość - uległość, komu cześć - cześć"? [5]

Podporządkowanie się takim wymaganiom, zarówno wówczas jak i teraz, zostałoby z pewnością potraktowane przez niektórych jako "kompromis", jako "ukłon" w stronę żądań władz politycznych. Jednakże jestem pewien, że w czasach Jezusa było wielu pobożnych Żydów, dla których rozkaz rzymskiego oficera, zmuszający do niesienia jakiegoś ciężaru na dystansie jednej mili, byłby równie nie do przyjęcia. A jednak Jezus nakazał ulec i nieść, nie jedną milę, lecz dwie! [6] Dla wielu Jego słuchaczy rada ta była niewątpliwie odrażająca, nie oznaczała odważnego sprzeciwu wobec kolaboracji z obcą, pogańską władzą, lecz zalatywała podłym tchórzostwem.

Ostatecznie upewniłem się co do jednej rzeczy, mianowicie co do tego, że muszę być całkowicie przekonany, że zajęte przeze mnie stanowisko jest mocno osadzone w Słowie Bożym, że nie opiera się ono jedynie na ludzkim rozumowaniu. Dopiero mając taką pewność mogę myśleć o obronie lub propagowaniu określonego stanowiska, szczególnie wtedy, gdy ma ono pociągać za sobą tak poważne konsekwencje. Moja pewność, że Pismo Święte w sposób jasny i jednoznaczny uzasadnia politykę przyjętą wobec sytuacji w Malawii, została za chwiana. Zdawałem sobie sprawę, że ktoś mógł się czuć zmuszonym przez sumienie do odmowy nabycia takiej legitymacji. Jeśli w czyimś przypadku tak właśnie było, to osoba ta miała prawo do odmowy zgodnie z radą apostoła, z Listu do Rzymian, rozdziału czternastego, wierszy od 1 do 3 oraz 23. [7] Nie widzę jednak podstaw do narzucania komukolwiek głosu własnego sumienia w tej sprawie, ani do czynienia tegoż głosu sztywną normą dla innych, szczególnie wobec braku wyraźnego poparcia ze strony Pisma Świętego, jak również z uwagi na niepełną jasność sytuacji.

Na tle okoliczności odnoszących się do sytuacji w Malawii, rozważmy teraz informacje, które wypłynęły w czasie dyskusji Ciała Kierowniczego na temat służby zastępczej. Wiele stwierdzeń, które padły ze strony członków Ciała w tej sprawie, jest wyrazem surowej i sztywnej postawy, do której zachęcano Świadków w Malawii. Ilustrują to zamieszczone poniżej wypowiedzi:

"Nawet jeśli kryje się w tym najmniejsza sugestia kompromisu, lub wątpliwość, nie powinniśmy tego robić".
"Nie może być żadnego kompromisu (...) znowu trzeba postawić sprawę jasno, że postawą błogosławioną przez Jehowę jest: neutralność, żadnej wspólnoty ze światem, zachowanie czystości względem oręża tego świata - tzn. względem religii, polityki i wojska - nie popieranie tego ani w sposób pośredni, ani bezpośredni. Nie chcemy żadnych szarych dziedzin, chcemy dokładnie wiedzieć, gdzie - jako nie idący na kompromis chrześcijanie - stoimy. [8]
"(...) Wykonywanie pracy cywilnej zamiast odbywania służby wojskowej jest milczącym, pośrednim uznaniem zobowiązania człowieka wobec maszyny wojennej "cezara" (...) Dlatego też od chrześcijan nie można wymagać poparcia dla prawa wojskowego czy to w sposób bezpośredni, czy pośredni." [9]
"Dla Świadka Jehowy powiedzieć sędziemu, że jest chętny do pracy w szpitalu lub do innej podobnej pracy, oznaczałoby robienie interesu z sędzią i złamanie tym samym wierności Bogu." [10]
"Zgoda na zastępczą służbę cywilną jest formą moralnego wsparcia dla całego systemu." [11]
"Wszyscy, na całym świecie, powinniśmy mieć jednakowe stanowisko. Powinniśmy być w tej sprawie zdecydowani (...) Jeśli pozwolimy braciom na taki liberalizm, będziemy mieli problemy
(...) sumienia braci należy kształtować." [12]
"Jeśli ulegniemy cezarowi, nie wydamy świadectwa." [13]
"Ci, którzy akceptują służbę zastępczą, wybierają łatwe wyjście." [14]

Zdumiewa mnie fakt, że w tym samym czasie, kiedy padały te mocne, bezkompromisowe stwierdzenia, ci, którzy je wypowiadali, byli świadomi sytuacji w Meksyku. Gdy każdemu członkowi Ciała Kierowniczego dostarczyłem kopię przeglądu nadesłanych z komitetów oddziałów raportów na temat służby zastępczej, załączyłem też to, co nadesłano z komitetu oddziału w Meksyku. Oto zawarty w nim fragment, traktujący o "wojskowym dowodzie tożsamości":

"Wojskowy dowód tożsamości" powinno się otrzymać na podstawie odbycia rocznej służby wojskowej. Ci, którzy posiadają "dowód", mają obowiązek zgłoszenia się na wezwanie (państwa), czy to w związku z mobilizacją sił, czy przynajmniej dla zaznaczenia swojej obecności. (Artykuły od 136 do 139, s. 6).
Jednak pomimo tego, że prawo zabrania wojskowym i pracownikom komend rekrutacyjnych wydawania dowodów w sposób nielegalny - na przykład za opłatą pieniężną - duża większość urzędników łamie te prawa. (Artykuły 50 i 51, s. 21; Artykuł 3, s.29; Instrukcja numer 1 z 16 września 1977 r., s. 2, § 3 i 4).
Prawie każda osoba pod jakimkolwiek pretekstem może uniknąć służby wojskowej płacąc urzędnikowi za odnotowanie jej obecności na cotygodniowych ćwiczeniach (co sprawia wrażenie regularnej obecności) lub płacąc za całość od razu i otrzymując odpowiedni pod względem prawnym dokument. W Meksyku jest to praktyka powszechna. Rząd meksykański stara się zapobiec wydawaniu przez urzędników dokumentów dotyczących służby wojskowej osobom, które nie odbyły takiej służby i w przypadku których wydanie takich dokumentów nie ma żadnej podstawy prawnej. Ostatnio pewien generał powiedział, że Prezes Republiki, Licenciado Jose Lopez Portillo, obecny na uroczystości przysięgi na flagę w dniu 5 maja 1978 r., powiedział do 100 000 poborowych, że "armia nie będzie tolerować nielegalnych praktyk wydawania wojskowych dowodów tożsamości". Generał powiedział: "Zobowiązaliśmy się w krótkim okresie czasu doprowadzić do tego, że ostatnie przypadki łamania prawa dotyczącego służby zostaną wykorzenione i młodzi ludzie będą mogli udać się do Miejskich Komend Rekrutacyjnych po swoje dowody" (zob. "El Heraldo" z 6 maja 1978 r.)

Jakie było stanowisko Świadków Jehowy w sprawie takich "nielegalnych" operacji dotyczących omawianego przedmiotu? W liście, który nadszedł z komitetu oddziału czytamy dalej:

Młodzi Świadkowie w Meksyku nie mieli żadnych trudności w związku ze służbą wojskową. Chociaż prawa dotyczące służby wojskowej są bardzo szczegółowe, ogólnie rzecz biorąc nie są one ściśle przestrzegane. Jeśli Świadek, osiągnąwszy wiek poborowy, nie zgłosi się ochotniczo do komendy rekrutacyjnej, urząd nie wzywa go do zgłoszenia się. Z drugiej strony ci, którzy posiadają "dowody" i należą do jednej z rezerw, nigdy nie bywają wzywani. Muszą zgłaszać się jedynie wtedy, gdy na skutek przejścia z jednej rezerwy do drugiej należy ostemplować ich "dowody". Nie wiąże się to jednak z żadną ceremonią. Chodzi jedynie o stawienie się w biurze w celu dokonania ostemplowywania "książeczek".
"Książeczka" jest dokumentem stwierdzającym tożsamość. Używa się jej jako dowodu tożsamości przy staraniach o zatrudnienie, choć nie jest ona w tym wypadku nieodzowna. Dokument ten jest natomiast konieczny, jeśli chce się otrzymać paszport. Nie można opuścić kraju nie posiadając "książeczki", chyba, że uzyska się specjalne zezwolenie od władz wojskowych. Świadkowie, którzy chcą uzyskać "książeczkę", udają się do komend rekrutacyjnych, rejestrują się i natychmiast otrzymują taki "dowód", który nie jest oczywiście kompletny, tzn. nie jest jeszcze ważny. Następnie, aby go zalegalizować, udają się do znanej sobie, wpływowej osoby lub też bezpośrednio do urzędnika. Muszą za to zapłacić pewną sumę pieniędzy (taką mianowicie, o jaką zostaną poproszeni). W taki sposób Świadkowie otrzymują swoje "książeczki", w taki też sposób większość z nich je otrzymała.

Krótko mówiąc, w Meksyku mężczyźni w wieku poborowym zobowiązani są do odbycia rocznej służby wojskowej. W chwili rejestracji rejestrujący się mężczyzna otrzymuje "książeczkę wojskową" z pustymi rubrykami, w których odnotowuje się jego obecność na tygodniowych wykładach szkolenia wojskowego. Wypełnianie tych rubryk bez faktycznego uczestnictwa w zajęciach jest rzeczą nielegalną i karalną. Urzędnikowi można dać jednak łapówkę, aby to uczynił, i wielu ludzi w Meksyku tak robi. Według relacji Komitetu Oddziału jest to również powszechną praktyką wśród tamtejszych Świadków Jehowy. Dlaczego? Zauważmy, co dalej stwierdza nadesłany z Oddziału list.

Stanowisko braci w Meksyku w odniesieniu do tej sprawy było rozważane przez Towarzystwo wiele lat temu. Od czasu, jak bracia udali się do Towarzystwa w celu zbadania tej sprawy, zostaliśmy poinformowani, jak mamy postępować, i tego się trzymamy. (Zob. załączoną kopię).

Jaka była ta wydana przez Towarzystwo informacja, której Oddział w Meksyku trzymał się przez lata? W jaki sposób została ona przekazana? Jak przedstawia się ta informacja w kontekście stanowiska zajętego w stosunku do Malawii oraz na tle mocnych, nieugiętych stwierdzeń członków Ciała Kierowniczego wypowiadających się przeciw "choćby najmniejszej sugestii kompromisu", przeciw wszelkiej formie "moralnego wsparcia" dla instytucji państwowych, czy to w sposób bezpośredni, czy też pośredni"?

Udałem się do Meksyku kilka dni po 15 listopada 1978 r., czyli po tej sesji Ciała Kierowniczego, na której sprawa służby zastępczej stanęła w martwym punkcie. Zostało mi zlecone odwiedzenie Oddziału w Meksyku, jak również Oddziałów w kilku innych krajach Ameryki Środkowej. W czasie spotkania z Komitetem Oddziału w Meksyku, została przez tenże Komitet podniesiona sprawa opisanych w raporcie praktyk. Powiedzieli oni, że straszne prześladowanie Świadków Jehowy w Malawii, spowodowane ich odmową zakupienia legitymacji partyjnej, zaniepokoiła sumienia wielu Świadków w Meksyku. Wyjaśnili mi jednak, że ich rada, tzn. rada Komitetu udzielona meksykańskim Świadkom, była w pełni zgodna z radą, jaką Oddział otrzymał z centrali światowej. Jaka była ta rada? Niektórym może być trudno uwierzyć w to, że taka rada została udzielona rzeczywiście, lecz jest na to dowód przedstawiony przez Komitet Oddziału. Poniżej zamieszczam najpierw treść listu do Towarzystwa:

4 lutego 1960 r. Nr 123

N.H. Knorr
124 Columbia Heights
Brooklyn 1, Nowy Jork

Drogi Bracie Knorr:

Mamy dwa pytania, co do których chcielibyśmy znać stanowisko Towarzystwa. Po pierwsze, mamy przypadek ojca pewnej dziewczyny, który jest sługą zboru. Jego córka jest mężatką i razem ze swym mężem byli Świadkami Jehowy i należeli do zboru w którym jej ojciec, pełnił funkcję nadzorcy. Zięć został jednak wyłączony, ponieważ miał inną kobietę. W okresie kilku lat założył on dwie rodziny: jedną ze swą legalną żoną, a naszą siostrą w prawdzie, z którą żyje w domu swego teścia - jak wspomnieliśmy, sługi zboru - i równocześnie rodzinę z tą drugą kobietą. Oczywiście cały czas pozostaje wyłączony. Lecz z powodu postawy teścia tego niegodziwego człowieka, który pozwala mu mieszkać ze swą córką w swoim własnym domu, powstało w zborze wiele zamieszania i niezgody tak, że na przestrzeni lat wiele osób odeszło i zbór ten jest w bardzo złym stanie. Pytanie brzmi: Czy córka ma prawo żyć z tym człowiekiem? To prawda, że jest on jej oficjalnym mężem, lecz jednocześnie posiada inną rodzinę. Czy teść postępuje słusznie, pozwalając temu człowiekowi żyć ze swoją córką, a siostrą w wierze, w swoim domu? Chcielibyśmy znać stanowisko Towarzystwa w tej sprawie po to, abyśmy wiedzieli, jak mamy postąpić z tym przypadkiem.

Inna sprawa, z którą musimy się tu uporać, dotyczy obowiązku odbycia szkolenia wojskowego. Po szkoleniu, które trwa rok, otrzymuje się dokument stwierdzający jego odbycie, który to dokument jest podstawowym zaświadczeniem zapewniającym paszport czy prawo jazdy oraz umożliwiającym dokonanie wielu transakcji prawnych. Bracia rozumieją chrześcijańskie stanowisko neutralności w takich sprawach, ale wielu z nich płaci pewnym urzędnikom, a ci załatwiają im dokumenty wojskowe. Czy jest to postępowanie właściwe? Jeśli któryś z braci rzeczywiście bierze udział w szkoleniu, stosuje się względem niego następującą politykę: ponieważ poszedł on na kompromis, nie zostanie przez nas wyznaczony na sługę przez okres co najmniej 3 lat. Lecz jest pewien brat, który prawdopodobnie jest sługą, nawet sługą obwodu, posiada swój dokument wojskowy, którego używa niejednokrotnie w transakcjach prawnych, a mimo to ćwiczeń faktycznie nie odbył. Co jest słuszne w odniesieniu do niego? Było i jest zwyczajem wśród braci płacenie pewnej sumy pieniędzy, aby zabezpieczyć w ten sposób swój dokument wojskowy. Wielu spośród tych braci służy teraz w charakterze sług obwodu lub sług zboru. Czy ludzie ci żyją w kłamstwie, czy też jest to po prostu jeden z elementów tego wypaczonego systemu rzeczy? Czy mamy przejść obok tego obojętnie, czy też należy coś z tym zrobić. W tym kraju jest wiele nieprawidłowości. Policjant przyłapie cię na jakimś wykroczeniu drogowym i zaraz zaczyna wypisywać swój "mordida" lub oczekuje małej łapówki w wysokości 40 centów. Każdy wie, że nie ma on prawa tego robić, ale dają mu 5 pesos, aby uniknąć jeżdżenia na komisariat, tracenia czasu i tracenia aż 50 pesos. Jest to tutaj zwyczajem, powszechną praktyką. Czy zdobycie w taki sposób dokumentu wojskowego należy zaliczyć do tego rodzaju zwyczajów? Rada Brata w tej sprawie zostanie przez nas mile przyjęta.

Służący Jehowie wraz z Bratem

Czytelnik miał okazję przeczytać kopię listu, przesłanego z Oddziału w Meksyku do prezesa Towarzystwa. (Jest to kopia kalkowa, zatrzymana w dokumentach Oddziału. W odróżnieniu od oryginału, kopia nie nosi zwykle podpisów). Paragraf drugi tego listu zawiera pytanie Oddziału dotyczące dawania łapówek za sfałszowane dokumenty wojskowe.

Jaką odpowiedź otrzymali oni na swoje pytanie? Nadeszła ona w dwustronicowym liście z Towarzystwa noszącym datę 2 czerwca 1960 r. Druga strona przedstawionego mi przez Komitet Oddziału listu dotyczyła problemu służby wojskowej. Poniżej znajduje się treść tej strony listu zawierająca radę udzieloną przez Towarzystwo w odpowiedzi na postawione pytania.

2 czerwca 1960, (157), strona druga

La Torre Del Vigia
Callada Melchor Ocampo No. 71
Mexico 4, D.F
Mexico

(...)opisany powyżej sposób postępowania byłby niepotrzebny. Główna przeszkoda - tzn. cudzołóstwo tego człowieka - byłaby usunięta. W związku z powyższym sprawa będzie musiała być przedstawiona bardzo jasno i niedwuznacznie zarówno słudze zboru, jak i jego córce. Sługa zboru będzie zmuszony zrobić pierwszy krok we właściwym kierunku, a to w interesie zboru, dla którego - ze względu na swoje postępowanie - jest przeszkodą. Lecz jeśli odmówi wyrzucenia cudzołożnego zięcia i będzie nadal dostarczał powodu do zgorszenia zborowi, zakłócając jego jedność oraz pokój serca i umysłu, jeśli zatem nie postąpi zgodnie z tą sugestią, wówczas musi być usunięty ze swego stanowiska sługi zboru.

Co do tych, którzy otrzymują zwolnienie ze szkolenia wojskowego na podstawie transakcji pieniężnej z zaangażowanymi w to urzędnikami, traktujemy to na równi z tym, co się robi w innych krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie bracia płacą za swe zwolnienie za pośrednictwem pewnych urzędników wojskowych po to, aby zachować swą wolność dla działalności teokratycznej. Jeśli członkowie instytucji wojskowej chcą przyjąć taki sposób załatwiania sprawy, tzn. za opłatą pieniężną, to jest to odpowiedzialność tychże przedstawicieli organizacji państwowej. W takim wypadku płacone pieniądze nie idą na potrzeby instytucji wojskowej, lecz są przywłaszczone przez jednostki, które podejmują się załatwienia takiej sprawy. Jeśli sumienia niektórych braci pozwalają im skorzystać z takiego układu dla zachowania swej wolności, nie mamy nic przeciwko temu. Oczywiście jeśliby z powodu swych operacji popadli w jakiekolwiek kłopoty, muszą radzić sobie z nimi sami, my nie możemy im w tym wypadku zaoferować żadnej pomocy. Lecz jeśli operacja taka jest tam powszechna i uznana przez inspektorów, którzy nie robią żadnych dochodzeń co do stanu faktycznego sprawy, to można ją uznać za dopuszczalną w imię większych korzyści. W sytuacji pogotowia wojskowego bracia ci, posiadający swoje dokumenty, będą zobowiązani podjąć decyzję, z której nie zdołają wyplątać się za pieniądze; ich odwaga zostanie poddana próbie, będą musieli określić swoje stanowisko oraz dowieść, że w decydującej dla nich próbie opowiadają się za chrześcijańską neutralnością.

Wierni Wam i oddani w służbie Królestwa

B.T. Towarzystwo "Strażnica"
w Pensylwanii

Chociaż list Oddziału był adresowany do prezesa Knorra, odpowiedź opatrzona stemplem korporacji z podpisem była najwyraźniej udzielona przez wiceprezesa Freda Franza, który - jak stwierdzono wcześniej - był przez prezesa Knorra regularnie proszony o określanie linii postępowania Towarzystwa w sprawach tego rodzaju. Język odpowiedzi jest tu typowy dla wiceprezesa.

Wyrażenia zawarte w tym liście są godne zwrócenia uwagi. Warto poświęcić nieco czasu, aby cofnąć się i porównać je ze stwierdzeniami członków Ciała Kierowniczego, którzy debatowali nad problemem służby zastępczej. Stwierdze nia, które wówczas padały, "nie owijały sprawy w bawełnę" ani nie szukały gładkich słów, lecz były często dosadne, a nawet pełne emocji.

W udzielonej na pytanie braci z Meksyku odpowiedzi Towarzystwo opuściło słowo "łapówka", a zastąpiło je wyrażeniem "transakcja pieniężna", "wpłacenie honorarium". Nacisk został położony na fakt, że pieniądze idą do kieszeni jednostki, a nie na konto "instytucji wojskowej", co miało widocznie poprawiać moralny charakter "transakcji". List mówi, że taki sposób załatwiania sprawy jest "tam powszechny" i jak długo inspektorzy nie dochodzą "stanu faktycznego sprawy", tak długo można uznać sposób ten za "dopuszczalny" w imię "większych korzyści". Kończy się wzmianką o pozostaniu wiernym w czasie przyszłych, decydujących prób". Jeśliby ten sam list wyrazić językiem, jakim w czasie debat nad służbą zastępczą posługiwali się członkowie Ciała Kierowniczego, myślę, że brzmiałby on mniej więcej tak:

"Dawanie łapówek skorumpowanym urzędnikom praktykowane jest przez Świadków Jehowy w innych krajach Ameryki Łacińskiej. Jeśli ludzie machiny wojennej chcą się dać przekupić, ryzyko należy do nich. Ostatecznie nie płacicie łapówki samej machinie wojennej, a tylko pułkownikowi czy też innemu oficerowi, który wkłada ją do własnej kieszeni. Jeśli sumienia braci pozwalają im robić "interes" z przekupnymi urzędnikami, nie będziemy się sprzeciwiać. Oczywiście, jeśli wpadną w kłopoty, nie powinni u nas szukać pomocy. Ponieważ każdy tam to robi, a inspektorzy nie robią problemu ze sfałszowanych dokumentów, to i wy - w Oddziale - możecie patrzeć na to w podobny sposób. Gdy wybuchnie wojna, będzie dosyć czasu na zamartwianie się o sprawę neutralności.

Wierni Wam i oddani w Służbie Królestwa.

Nie mam intencji, aby być sarkastycznym. Nie wydaje mi się również, aby to, co powiedziałem, było sarkazmem. Myślę, że jest to właściwa prezentacja rady, jaką Towarzystwo udzieliło Oddziałowi w Meksyku. Wyrażona została ona językiem praktycznym, wolnym od eufemizmów, bardziej przypominającym ten, jakim posługiwali się członkowie Ciała Kierowniczego na wspomnianych przeze mnie posiedzeniach.

Oto powód, dla którego informacja ta wywołała u mnie taki szok: w tym samym czasie, gdy Towarzystwo wysłało list stwierdzający, że "nie będzie się sprzeciwiać", jeśli Świadkowie z Meksyku stojący wobec powołania do wojska zechcą "wyplątać się z tego za opłatą pieniężną", mnóstwo młodych ludzi w Republice Dominikańskiej spędzało - z powodu odmowy wzięcia udziału w identycznym szkoleniu - najlepsze lata swego życia w więzieniu. Niektórzy, tacy jak Leon Glass i jego brat Enrique, zostali skazani za odmowę dwu - lub trzykrotnie, spędzając w sumie dziewięć lat swej młodości za kratami. Prezes i wiceprezes Towarzystwa odwiedzili w tym okresie Republikę Dominikańską, odwiedzili nawet więzienie, w którym wielu z tych ludzi było przetrzymywanych. Nie pojmuję, w jaki sposób można było być świadomym sytuacji więźniów w Dominikanie, a jednocześnie zgadzać się na dwuznaczne rozwiązania w Meksyku.

Cztery lata po wysłaniu do Meksyku listu ze wspomnianą radą, miał miejsce pierwszy wybuch gwałtownych ataków skierowanych przeciwko Świadkom Jehowy w Malawii (był to rok 1964). Wynikł problem zapłacenia za legitymację partyjną. Zgodnie z opinią Oddziału w Malawii, kupno legitymacji byłoby naruszeniem chrześcijańskiej neutralności, a przez to kompromisem niegodnym prawdziwego chrześcijanina. Centrala światowa wiedziała, że takie właśnie było stanowisko Oddziału. Ataki ustały po pewnym czasie, aby wybuchnąć na nowo w 1967 roku. Były one tak gwałtowne - wręcz dzikie - że tysiące Świadków było zmuszonych do ucieczki ze swego rodzinnego kraju. Raporty o mnożących się, przerażających okrucieństwach zaczęły "zalewać" światową centralę.

W jaki sposób wieści te oddziaływały na sumienia członków Ciała Kierowniczego w kontekście stanowiska powziętego przez nich w stosunku do Meksyku? W Malawii Świadkowie byli bici i torturowani, kobiety gwałcone, ich domy i pola niszczone, całe rodziny zmuszone do ucieczki z kraju, mimo to zdecydowanie trzymali się oni stanowiska Organizacji, że kupno legitymacji partyjnej byłoby aktem zdrady moralnej. W tym samym czasie w Meksyku Świadkowie dawali łapówki urzędnikom wojskowym za wypełnienie rubryk dokumentu fałszywie stwierdzającego, że spełnili swój obowiązek służby wojskowej. Gdy ktoś udawał się z tym problemem do Oddziału, pracownicy tegoż Oddziału postępowali zgodnie z radą Towarzystwa - nie mówili nic, co wskazywałoby, że w jakikolwiek sposób jest to sprzeczne z normami Organizacji lub też zasadami Słowa Bożego. Jak czuli się ludzie piastujący w Organizacji miejsca najwyższej władzy wiedząc o tym wszystkim? Rozważmy:

Dziewięć lat po napisaniu swego pierwszego listu Oddział w Meksyku wysłał drugi list, noszący datę 27 sierpnia 1969 r., adresowany również do prezesa Knorra. Tym razem zwrócono uwagę na pewien punkt, który w odczuciu Komi tetu Oddziału został przeoczony. Zamieszczony poniżej fragment pochodzi z trzeciej i czwartej strony listu udostępnionego mi przez personel Oddziału. Podkreśliłem główne sprawy, na których koncentrował się Oddział:

Pytanie. W czasie spotkania Oddziału w czerwcu dyskutowano sprawę przedstawioną na stronach 34 i 35 "Aid to Answering" (Pomocy w Odpowiedziach). Z racji sposobu, w jaki na przestrzeni lat sprawa służby wojskowej była załatwiana u nas, zwróciłem na tę sprawę uwagę pewnych braci. Ponieważ jednak pomyślałem, że mogłem zapomnieć o jakichś szczegółach sprawy, doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie odczekać, napisać do was i poczekać na odpowiedź. Przeszukawszy kartoteki znaleźliśmy list z datą 4 lutego 1960 r. nr 123, w którym to liście postawiono pytanie: co robić wobec faktu, że wielu braci płaci pewną sumę pieniędzy za otrzymanie dokumentu wydawanego mężczyznom w wieku poborowym. Zadając pytanie nie wspomniano jednak, że otrzymujący ten dokument zostaje tym samym przeniesiony do pierwszej rezerwy, podlegającej powołaniu w przypadku, gdy powstaje sytuacja wyjątkowa, z którą armia mundurowa nie jest w stanie sobie poradzić. W naszym pytaniu chodzi więc o to: Czy ten pominięty szczegół zmienia zasadę postępowania określoną w Waszym liście z 2 czerwca 1960 (157) na stronie drugiej, który to list był odpowiedzią na nasze, wspomniane wyżej pismo? Wasz list stwierdzał: "Co do tych, którzy otrzymują zwolnienie ze szkolenia wojskowego na podstawie transakcji pieniężnej z urzędnikami w to zaangażowanymi, traktujemy to na równi z tym, co się robi w innych krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie bracia płacą za swe zwolnienie za pośrednictwem pewnych urzędników wojskowych po to, aby zachować swą wolność dla działalności teokratycznej. Jeśli członkowie instytucji wojskowej godzą się na taki sposób załatwiania sprawy, tzn. za opłatą pieniężną, to jest to odpowiedzialność tychże przedstawicieli organizacji państwowej. W takim wypadku płacone pieniądze nie idą na potrzeby instytucji wojskowej, lecz są przywłaszczone przez jednostki, które podejmują się załatwienia takiej sprawy. Jeśli sumienia niektórych braci pozwalają im, w imię zachowania swej wolności, skorzystać z takiego układu, nie mamy nic przeciwko temu. Oczywiście, jeśliby z powodu swych operacji popadli w jakiekolwiek kłopoty, muszą radzić sobie z nimi sami, my nie możemy im w tym wypadku zaoferować żadnej pomocy. Lecz jeśli operacja taka jest tam powszechna i uznana przez inspektorów, którzy nie robią żadnych dochodzeń co do stanu faktycznego sprawy, to można ją uznać za dopuszczalną w imię większych korzyści. W sytuacji pogotowia wojskowego bracia ci, posiadający swoje dokumenty, będą zobowiązani podjąć decyzję, z której nie zdołają wyplątać się za pieniądze, ich odwaga zostanie poddana próbie, będą musieli określić swoje stanowisko oraz dowieść, że w decydującej dla nich próbie opowiadają się za chrześcijańską neutralnością". Zacytowany fragment waszego listu określa to, do czego się stosowaliśmy.

Zdaje się jednak, że może nastąpić pewna modyfikacja, gdy zostanie wzięte pod uwagę to, że bracia ci znajdują się w pierwszej rezerwie. Oczywiście wygląda na to, że błogosławieństwo Jehowy spoczywa tutaj na jego sługach, ponieważ na przestrzeni tych lat praca rozwijała się bardzo dobrze, pomimo iż większość sług okręgu, obwodu i członków rodziny "Bethel" skorzystała z tej procedury. Informacje od Was odnośnie tego, czy należy wprowadzić zmianę, czy też nie, przyjęli byśmy z dużym uznaniem. Jeśli zostałaby wprowadzona zmiana i dotychczasowa procedura zostałaby porzucona, bracia nie mogliby wprawdzie otrzymywać paszportów, lecz wciąż mieliby możliwość uczestniczyć w zjazdach i kongresach krajowych. Jeśli zmiana zostanie wprowadzona, jaka będzie sytuacja tych, którzy znajdują się w pierwszej rezerwie? W jaki sposób podchodzić do tej sprawy? Będziemy czekać na waszą odpowiedź w tej kwestii.

Budowa naszego nowego budynku posuwa się bardzo dobrze. Czekamy na jej zakończenie i wykorzystanie budynku dla chwały Jehowy oraz dla zbudowania zgromadzających się tam braci. Zapewniam was o mojej miłości i życzę wam wszystkiego najlepszego.

Wasz brat i współsługa.

Nadesłana odpowiedź, nosząca datę 5 września 1969 r., opatrzona jest stemplem korporacji z Nowego Jorku, lecz znajdujący się w liście symbol wskazuje, że została ona udzielona przez prezesa za pośrednictwem sekretariatu ("A" jest symbolem prezesa, "AG" symbolem jednego z jego sekretarzy). Światowa cen trala była w pełni poinformowana o straszliwych cierpieniach, jakie z powodu swej zdecydowanej odmowy nabycia legitymacji partyjnej - do czego starał się skłonić ich tamtejszy rząd - przeszli Świadkowie Jehowy w Malawii już w 1964 i w 1967 r. Mając powyższe w pamięci, rozważmy datowaną na 5 września 1969 r. odpowiedź udzieloną na pytanie Oddziału w Meksyku:

A/AG 5 września 1969 r.

Oddział w Meksyku

Drodzy Bracia:

Posiadamy Wasz list z 27 sierpnia (182). Stawiacie w nim pytania dotyczące braci w Meksyku, którzy zostali zarejestrowani i są teraz w pierwszej rezerwie. List z 4 lutego 1960 r. (123), który cytujecie, wyjaśnia całą sprawę. Nie ma nic, co można by było dodać. Odpowiedzialność za decyzję spoczywa na tych osobach - jeśli zostaną one kiedykolwiek powołane. Wtedy też będzie właściwy moment na podjęcie jakichkolwiek kroków. Do tego momentu bracia, którzy zapłacili honorarium i zostali zarejestrowani, mogą kontynuować swą służbę. Nie chodzi o to, że udzielamy naszej aprobaty w tej sprawie, lecz o to, że to ich sumienie - nie nasze - pozwoliło im na podjęcie takich właśnie działań. Jeśli sumienie pozwala im to robić, jeśli w żaden sposób nie wystawiają się na kompromis - pozostawcie tę sprawę jej własnemu biegowi. Nie ma powodu, abyście mieli odpowiadać na jakiekolwiek pytania, komentować tę sprawę wobec innych czy wdawać się w dyskusję. Może pewnego dnia trzeba będzie stanąć wobec problemu i wówczas - jak na to wskazuje list - sami zainteresowani będą musieli podjąć swą własną decyzję. My nie możemy decydować o życiu każdego człowieka na świecie. Jeśli sumienia tych osób pozwoliły im to zrobić - przez co są zarejestrowani w pierwszej rezerwie - jest to ich zmartwienie, jeśli się tym w ogóle martwią. Nie jest to powód do zmartwienia dla biura Towarzystwa.

Towarzystwo zawsze twierdziło, że ludzie powinni postępować zgodnie z prawem. Lecz jeśli osoba postąpiła tak, jak opisaliście w waszym liście i to nie rani jej sumienia - my pozostawiamy sprawę w takim stanie, w jakim jest. Nie mamy powodu decydować o sumieniu drugiego człowieka, ani też wchodzić w spory lub kontrowersje wokół tej sprawy. Jeśli osoby te nie idą na kompromis w sensie brania do ręki broni, a to co robią, wciąż pozwala im "przekuwać swe miecze na lemiesze", to ich decyzja spoczywa na nich samych. Jeśli oni zmienią to stanowisko w swoim życiu, wówczas będzie to wystarczająco dogodny moment dla powzięcia przez nadzorców w zborach odpowiednich kroków. Pozostawcie zatem sprawy w tym stanie, w jakim były i są od 1960 roku, bez żadnych dalszych komentarzy.

Niech bogate błogosławieństwo Jehowy spoczywa na was.

Wasi bracia
Watchtower B.&.T. Society
of New York, Inc.

Tym, co w tej sprawie zdumiewa najbardziej jest fakt, że stanowisko Organizacji zajmowane w sprawie uczestnictwa w wojsku było zawsze identyczne ze stanowiskiem zajmowanym w sprawie członkostwa w organizacji "politycznej". W obu przypadkach Świadek, który uczestniczy w tych formach działalności, jest automatycznie wyłączany ze społeczności. Komitet Oddziału w Meksyku postawił sprawę całkowicie jasno, że Ci wszyscy Świadkowie, którzy otrzymali (w za mian za łapówkę) wypełnione zaświadczenie o służbie wojskowej, znajdują się obecnie w pierwszej rezerwie wojska. Świadkowie w Malawii ryzykowali swe życie i zdrowie, domy i pola w imię ścisłego przestrzegania normy przyjętej w stosunku do ich kraju przez Organizację. W Meksyku nie było mowy o takim ryzyku, a jednak zastosowano politykę najwyższej tolerancji. Mężczyźni - świadkowie - mogli być członkami pierwszej rezerwy armii, a jednocześnie pełnić funkcje nadzorców obwodów lub okręgów, mogli też być członkami rodziny "Bethel"! Raport z Komitetu Oddziału nie pozostawia co do tego żadnej wątpliwości. (Wskazuje on również, jak powszechną stała się wśród Świadków praktyka zdobywa nia książeczki wojskowej za łapówki). W raporcie czytamy dalej:

Jak wskazano we wspomnianym wyżej liście z Brooklynu, bracia w tej sprawie mają odwoływać się do swoich sumień. Byłoby jednak dobrze powiedzieć sobie, że zdobywanie dowodu wojskowego w taki sposób, tzn. za pieniądze, stało się zjawiskiem bardzo powszechnym w Organizacji w Meksyku. Niedogodności braku takiego dowodu są następujące: nie można opuścić kraju (z czego bracia w Meksyku często korzystają udając się na zgromadzenia do Stanów Zjednoczonych), istnieją pewne, lecz niewielkie trudności z otrzymaniem pracy, w której dokument ten jest wymagany. Gdyby nie to, młodzi ludzie nie mieliby mocnych powodów ubiegania się o uzyskanie tego dokumentu. Otrzymać go jest tak łatwo, że młodzi ludzie, konsultując to z tymi, którzy dokument otrzymali i którzy podpowiadają im, jak to zrobić, nawet nie myślą, czy w ich konkretnym przypadku jest słuszne samo w sobie ubieganie się o ten dokument w opisany wyżej sposób.

Tysiące Świadków z Meksyku zna prawdę o opisanej powyżej sytuacji. Wszyscy członkowie Komitetu Oddziału w Meksyku również ją znają. Także członkowie Ciała Kierowniczego Świadków Jehowy wiedzą, jakie jest w tej sprawie oficjalne stanowisko światowej centrali. A jednak poza Meksykiem bardzo niewiele osób ma jakiekolwiek pojęcie o tym, co zostało powiedziane. Prawdopodobnie nie wie o tym nikt spośród Świadków w Malawii.

Nie mogę sobie wyobrazić bardziej oczywistego przykładu dwojakich norm. Nie potrafię też wyobrazić sobie bardziej niekonsekwentnego rozumowania niż to, które z jednej strony uzasadnia stanowisko przyjęte w Meksyku, z drugiej tak ostro i dogmatycznie argumentuje, że służba zastępcza zasługuje na potępienie, ponieważ jest "uważana przez rząd za spełnienie obowiązku służby wojskowej" i jest "cichym uznaniem machiny wojennej cezara". Ci sami ludzie, którzy na posiedzeniach Ciała Kierowniczego wypowiadali te stwierdzenia nalegając, że "nie chcą żadnych szarych obszarów", że "sumienia braci powinny być kształtowane", czynili to wiedząc, że na przestrzeni więcej niż dwudziestu lat powszechną praktyką wśród Świadków Jehowy w Meksyku było dawanie łapówek za otrzymanie dokumentu stwierdzającego, że wypełnili obowiązek służby wojskowej. Praktykę tę światowa centrala oficjalnie "pozostawiła ich sumieniu".

Pomimo takich faktów niektórzy członkowie (na kilku spotkaniach Ciała była to tylko, na szczęście, mniejszość) wypowiadali się za utrzymaniem tradycyjnego stanowiska, traktującego człowieka jako "wyłączonego ze społeczności", jeśli na pytanie sędziego, czy zamiast służby wojskowej zgodziłby się na pracę w szpitalu, odpowiada w prostocie i szczerości, że jego sumienie pozwala mu na takie rozwiązanie. Niektórzy członkowie Ciała wypowiadali się więc za tradycyjną polityką wiedząc jednocześnie, że w Meksyku ludzie sprawujący funkcje starszych, nadzorców okręgów, nadzorców obwodów oraz członków rodziny "Bethel" przekupili urzędników w celu uzyskania ważnego dokumentu wojskowego stwierdzającego, że są oni teraz w pierwszej rezerwie wojskowej, w rezerwie "machiny wojennej".

Jedna z osób zasiadających w Ciele Kierowniczym, argumentując na rzecz tradycyjnego poglądu, zacytowała wypowiedź członka Komitetu Oddziału w Danii, Richarda Abrahamsona, który miał powiedzieć w związku ze służbą zastępczą: "Drżę na myśl o pozostawieniu tym młodym ludziom ich własnego wyboru". A jednak oficjalna rada przesłana przez centralę Organizacji do oddziału w Meksyku była taka, że dawanie łapówek przez młodych braci za sfałszowany dokument umieszczający ich w pierwszej rezerwie należy "pozostawić ich zmartwieniu, jeśli w ogóle się tym martwią". Następnie list stwierdza, że "nie mamy powodu do decydowania o sumieniu drugiego człowieka".

Dlaczego takiego stanowiska nie zajęto w stosunku do braci w Malawii? Poważnie wątpię, czy większość tamtejszych Świadków doszłaby do takiego samego wniosku, do jakiego doszedł personel biura Oddziału. Jest również wątpliwe, czy wśród tych, którzy podjęli decyzję, aby zakazać nabywania legitymacji partyjnej, był choć jeden rodowity mieszkaniec Malawii (wówczas Nyasaland). Czy na osobach sprawujących władzę w Organizacji nie spoczywa żadna odpo wiedzialność za to, co stanowi groteskowy wręcz przykład niekonsekwencji w ferowaniu decyzji?

Ciekawe, że podczas gdy władze Malawii zawiodły odnośnie respektowania szczytnych zasad swej konstytucji, Towarzystwo "Strażnica" wypowiedziało się, że "ostateczną odpowiedzialność" za to ponosi Prezydent Banda:

"Jeśli wie on o tym prześladowaniu Świadków] i nie robi nic, by je przerwać, to z pewnością - jako przywódca państwa oraz Kongresowej Partii Malawii - musi ponieść odpowiedzialność za to, co się w imię jego partii dzieje w jego kraju.
Podobnie członkowie parlamentu i członkowie partii, którzy podburzyli młodych ludzi do zadawania gwałtu, albo przymknęli na to oczy, nie mogą być zwolnieni od odpowiedzialności. A czy pracownicy służb społecznych, funkcjonariusze policji, prawnicy i inni wpływowi urzędnicy, którzy z powodu troski o bezpieczeństwo własnych stanowisk okrywają ciszą to, co dzieje się w Malawii, mogą zrzec się odpowiedzialności?" [15]

Ta sama norma, według której Organizacja osądziła posunięcia władz Malawii, z pewnością powinna być zastosowana w stosunku do samej Organizacji. Jeśli Ciało Kierownicze wiedząc nie tylko o tym, co zostało powiedziane o władzach Malawii i ich odpowiedzialności, lecz wiedząc także o stanowisku Organizacji, zajętym wobec Meksyku, rzeczywiście uważało, że stanowisko zajęte wobec braci i sióstr w Malawii było słuszne, to konsekwentnie powinno czuć się zmuszone do porzucenia stanowiska podjętego w związku ze sprawą w Meksyku. Aby poprzeć sztywną pozycję Malawii, członkowie Ciała powinni być przeświadczeni o jej słuszności, nie mieć wątpliwości, że jest to jedyny grunt, na którym może stanąć prawdziwy chrześcijanin - człowiek zdrowo i solidnie oparty o Słowo Boże. Aprobować w jakikolwiek sposób pozycję zajętą odnośnie Meksyku znaczyłoby zaprzeczyć istnieniu takiego przeświadczenia. Z drugiej strony, jeśli członkowie Ciała Kierowniczego uważali za słuszne lub co najmniej do puszczalne, stanowisko Meksyku pozwalające ludziom postępować zgodnie z sumieniem w kwestii załatwiania dokumentów wojskowych (nawet w sposób nielegalny), z pewnością powinni przyznać takie samo prawo braciom i siostrom w Malawii. Ci również winni mieć prawo postąpić zgodnie z sumieniem w sprawie, która nie wiązała się z łapówką, nie była nielegalna i nie wymagała zafałszowań. Wszelkie "siedzenie na dwóch stołkach", "przymykanie oczu na fakty", "okrywanie tych faktów ciszą", przyjęcie dwojakich norm oznaczałoby pójście od początku do końca - być może "z obawy o bezpieczeństwo swego stanowiska" - tą samą drogą, którą podążali potępieni urzędnicy w Malawii.

Jakie były w rzeczywistości głosy Ciała Kierowniczego podczas sesji, na których zwracano jego uwagę na informacje pochodzące z Meksyku? Stanowisko zajęte wobec Meksyku zostało w zasadzie ustalone przez dwóch ludzi, ale teraz dowiedziało się o nim całe Ciało Kierownicze. [16] Jaką odpowiedzialność czuli jego członkowie i jaka była ich reakcja na oczywistą nierówność pomiędzy tym stanowiskiem, a stanowiskiem powziętym wobec Malawii?

Gdy podniosłem tę sprawę, nie usłyszałem ani jednego słowa dezaprobaty lub moralnego oburzenia ze strony tych, którzy przeciwko służbie zastępczej odwoływali się do tak mocnych i bezkompromisowych wypowiedzi. Nie było żadnego głosu, ze strony choćby jednego opowiadającego się tak stanowczo przeciw "sugestii" kompromisu, domagającego się zmiany istniejącej polityki wobec Meksyku. Chociaż w 1972 i 1975 r. trzecia i czwarta fala prześladowań uderzyła Świadków w Malawii, nie dostrzegłem ani jednego świadectwa konsternacji z powodu zastosowanych wobec tego kraju nierównych, w porównaniu z przyjętymi w Meksyku, norm. Większość członków najwyraźniej była w stanie zaakceptować to, co dzieje się w Meksyku, i równocześnie obstawać przy całkowicie innych normach wobec ludzi zamieszkujących inne części świata.

Po raz kolejny zauważyłem, że problem tkwi nie w ludziach, nie w poszczególnych członkach zaangażowanych w sprawę. Doszedłem do wniosku, że takie spojrzenie jest w rzeczywistości typowym problemem każdej struktury autorytarnej, która traktuje chrześcijaństwo w sposób legalistyczny. Taki z kolei sposób jego traktowania sprawia, że ci, którzy mają swój udział w strukturze autorytarnej, dostrzegając współistnienie dwojakich norm, nie czują przy tym żadnych wielkich skrupułów sumienia.

Braciom w Meksyku można poczytać za zasługę fakt, że na wiadomość o strasznych cierpieniach Świadków w Malawii, ich sumienia zostały zaniepokojone. Ich afrykańscy bracia byli prześladowani, gdyż odmówili płacenia legalnej ceny za legitymację partyjną rządzącej partii w zgodny z prawem sposób, podczas gdy oni sami załatwiali dokument wojskowy nielegalnie i za łapówki. Tymczasem ci na górze, w tzw. "pałacu z kości słoniowej", robili wrażenie pozbawionych takich uczuć, nieczułych na konsekwencje, jakie w życiu ludzkim mogą spowodować takie dwojakie normy. Myślę jednak, że również i to jest efektem działania systemu. Jest to jednocześnie jeden z powodów, dla których taki system jest dla mnie osobiście całkowicie nie do przyjęcia.

Jesienią 1978 roku wszyscy członkowie Ciała Kierowniczego byli już w pełni świadomi tego, co się dzieje w Meksyku. Prawie rok później, we wrześniu 1979 r., Ciało Kierownicze na nowo podjęło nierozstrzygniętą sprawę służby zastępczej. Tym razem na pierwszym planie stanął list z Polski.

Ostrzegając, że służba zastępcza może być "pułapką dla indoktrynacji braci", Milton Henschel wezwał do najdalej posuniętej ostrożności w tej sprawie. Wypowiedział się on za praktyką wielu polskich Świadków, którzy - aby uniknąć poboru - podejmują pracę w kopalniach węgla kamiennego. Lloyd Barry ponownie nalegał, abyśmy pozostali na stanowisku, że Świadkowie "powinni być wolni od wszystkiego, co dotyczy organizacji wojskowej". Ted Jaracz powiedział, że "nasi bracia mają problemy i dlatego szukają wskazań w organizacji Je howy". Dodał on, że istnieje potrzeba uniknięcia rozbieżności w opiniach. Nie powinniśmy - jak się wyraził - robić wrażenia na braciach, że Ciało Kierownicze mówi, "idźcie naprzód i podporządkujcie się" wymogom służby zastępczej. Carey Barber wyraził pogląd, że "nie ma tu miejsca na odwoływanie się do sumienia; jest to coś, przez co - idąc prosto naprzód - trzeba przejść bez żadnego ulegania". Fred Franz powiedział, że nasze "sumienie musi być ćwiczone przez Biblię" i ponownie wyraził swoje poparcie dla tradycyjnego stanowiska, przeciwnego wszelkiej służbie zastępczej.

W tamtych dniach Ewart Chitty nie był już członkiem Ciała Kierowniczego. Zgodnie z życzeniami Ciała złożył on rezygnację. Grant Suiter był na spotkaniu nieobecny. Zarówno on jak i Chitty na spotkaniu 15 listopada 1978 r. głosowali za zmianą dotychczasowego stanowiska. Teraz jednak, na spotkaniu 15 września 1979 r., obecni byli dwaj nowi członkowie Ciała - Jack Barr (z Anglii) i Martin Poetzinger (z Niemiec). Gdy w końcu postawiono wniosek, głosowanie wykazało podział głosów na dwie dokładnie równe części - osiem głosów za, osiem przeciw (w tym dwa głosy nowych członków). 3 lutego 1980 r. omawiana sprawa znów znalazła się na porządku dziennym. Do tego czasu upłynął już więcej niż rok od mojej wizyty w Meksyku, a Albert Schroeder odbył tam następną, doroczną podróż. Członkowie Komitetu Oddziału w Meksyku znów wyrazili swoje obawy co do praktyki dawania łapówek w zamian za sfałszowane dokumenty wojskowe. Po swym powrocie Schroeder zrelacjonował na spotkaniu Ciała tę wciąż trwającą sytuację. W czasie sesji uwagi różnych członków pozwoliły zorientować się, że odnośnie służby zastępczej żadna strona nie zdobędzie większości dwóch trzecich głosów, dlatego też w tej sprawie nie postawiono nawet wniosku.

Sprawę "odłożono na półkę". Od czasu nadesłania listu przez Michaela We bera, starszego z Belgii, a miało to miejsce w listopadzie 1977 r., do lutego 1980 r. Ciało Kierownicze Świadków Jehowy przy sześciu różnych okazjach próbowało rozwiązać problem - bezskutecznie.

Co jednak powiedzieć o ludziach dotkniętych na skutek wciąż obowiązującego stanowiska, o tych, których "Strażnica" nazywa "szeregowymi członkami"? Czy oni też mogli sprawę "odłożyć na półkę"? Wręcz przeciwnie. Niemożność osiągnięcia nieodzownej większości dwóch trzecich oznaczała, że w każdym kraju świata należący do Organizacji mężczyźni, którzy - postępując zgodnie z sumieniem - godzili się na służbę zastępczą jako uzasadniony wymóg rządu, mogli robić to jedynie za cenę znalezienia się poza nawiasem Organizacji. Równało się to wykluczeniu. Oznaczało to również, że Ciało Kierownicze jako całość od dwudziestu lat pozwalało na istnienie takich praktyk jak te, stosowane w Meksyku, a równocześnie pozostawiało bez zmian całkowicie różne stanowisko względem problemu w Malawii.

Dwojakie odważniki

"Dwojakie odważniki są ohydą dla Pana, a fałszywe wagi to rzecz niedobra." - Przyp. 20:23

Być może lepiej zrozumiemy sposób myślenia niektórych członków Ciała Kierowniczego, gdy rozważymy inne, dość powszechne wśród Świadków Jehowy w Meksyku okoliczności. W rezultacie rewolucji meksykańskiej, a także dlatego, że kościół rzymskokatolicki miał w przeszłości w posiadaniu ogromne obszary ziemi w tym kraju, konstytucja meksykańska odmawia organizacjom religijnym prawa do majątku nieruchomego (ziemi, budynków). Budynki i innenieruchomości kościelne pozostają w rękach państwa, które zezwala organizacjom religijnym na ich użytkowanie. Z powodu prowadzonej w historii przez kler zagraniczny eksploatacji, nie wolno pracować w tym kraju zagranicznym misjonarzom i duchownym. Jaki skutek wywarło to na Organizację Świadków?

Administracja centrali kierowniczej Organizacji Świadków Jehowy dawno temu zadecydowała, że ze względu na prawo meksykańskie Świadkowie Jehowy przedstawią się tam nie jako organizacja religijna, lecz jako "organizacja kulturalna". Lokalna spółka La Torre del Vigia tak właśnie została zarejestrowana wobec władz Meksyku. A zatem Świadkowie Jehowy w Meksyku nie mówią oficjalnie o spotkaniach religijnych lub spotkaniach wokół Biblii, lecz o spotka niach "kulturalnych". Na spotkaniach tych nie ma modlitwy i pieśni. Podobnie brak ich na większych zgromadzeniach. Chodząc od drzwi do drzwi roznoszą jedynie literaturę "Strażnicy", którą - jak tłumaczą - Towarzystwo "Strażnica" dostarcza po to, aby pomóc im w ich działalności kulturalnej. W czasie prowadzenia przez nich działalności nie posiadają ze sobą Biblii, to bowiem mogłoby identyfikować ich jako zaangażowanych w działalność religijną. Grupa Świadków na danym terenie nie nazywa się "zborem" lecz "stowarzyszeniem". Nie mówią oni o "chrzcie", lecz czynności tej nadają nazwę "symbol".

Ta dwuznaczna mowa funkcjonuje nie z powodu życia w państwie totalitarnym, które ogranicza wolność wyznania. [17] Istnieje ona przede wszystkim w celu uniknięcia podporządkowania się przepisom państwowym dotyczącym posiadania własności przez organizacje religijne. Nie należy też myśleć, że taki układ jest czymś jedynym, istniejącym tylko w przypadku Świadków meksykańskich, jest to układ wypracowany i wprowadzony w życie również w przypadku międzynarodowej centrali w Brooklynie.

Ciekawie wygląda kontrast pomiędzy dobrowolną eliminacją modlitw i pieśni ze spotkań Świadków Jehowy w Meksyku, a podejmowanymi przez Towarzystwo w Stanach Zjednoczonych akcjami, gdzie walczyło ono nieustannie, prowadząc proces za procesem - nie wyłączając Sądu Najwyższego - aby "nie poddać" pewnych praktyk, takich jak: roznoszenie literatury od drzwi do drzwi bez pozwolenia i bez konieczności rejestracji na policji, jak używanie samochodów z megafonami, rozdawanie literatury na rogach ulic lub innych, zagwarantowanych prawami konstytucyjnymi praktyk. Organizacja nie chciała zrezygnować ze stosowania żadnej z tych czynności. Uparcie walczyła o ich utrzymanie, chociaż praktyki te z pewnością nie były czynnościami praktykowanymi przez chrześcijan pierwszego wieku, a więc tym bardziej nie mogły się zaliczać do ich najważniejszych czynności.

Natomiast społeczna, grupowa modlitwa była najważniejszym punktem religijnych spotkań pierwszych chrześcijan, funkcjonowała ona wśród sług Bożych od niepamiętnych czasów. Rząd meksykański nie ma nic przeciwko modlitwie na spotkaniach religijnych. Ale Świadkowie Jehowy są poinstruowani, aby mówić, że ich spotkania nie są religijne. Niewiele rzeczy można uznać za bardziej związane z oddawaniem czci Bogu, za bardziej duchowe niż modlitwa. Gdy król Persji wydał dekret zabraniający przez okres trzydziestu dni modlić się do kogokolwiek innego prócz samego króla, prorok Daniel uznał tę sprawę za tak ważną, że postanowił dekret ten zignorować, ryzykując w ten sposób swoim stanowiskiem, majątkiem a nawet samym życiem. [18]

Tymczasem centrala Organizacji uznała za właściwe poświęcenie społecznej modlitwy wśród Świadków Jehowy w całym Meksyku. W imię czego? Dla jakich "większych korzyści"? Otóż rezygnując ze społecznej modlitwy, z pieśni, z używania Biblii podczas publicznego głoszenia, Organizacja może pozostawać właścicielem majątku Towarzystwa w Meksyku i działać nieskrępowana regulacjami państwowymi, które to regulacje muszą być respektowane przez inne religie. Tamtejsi Świadkowie gotowi są powiedzieć, że ich Organizacja nie jest organizacją religijną, że ich spotkania nie mają charakteru religijnego, że działalność głoszenia nie jest działalnością religijną, że chrzest nie jest religijnym aktem - podczas gdy w każdym innymi kraju świata Świadkowie Jehowy mówią coś wręcz przeciwnego.

Ponieważ układy te są w Ciele Kierowniczym powszechnie znane, niektórzy jego członkowie mogą czuć się skłonni zaakceptować zwyczaj dawania łapówek w zamian za sfałszowane dokumenty, jako praktykę nie odbiegającej daleko od ogólnej linii postępowania, przyjętej wobec Świadków Jehowy w tym kraju. To może częściowo wyjaśnić, dlaczego jednocześnie w stosunku do innych krajów wypowiadali się oni tak nieugięcie za niestosowaniem "jakichkolwiek kompro misów". Wydaje się, że w rozumieniu niektórych członków nie jest to sprawa stosowania dwojakich norm. W ich rozumieniu funkcjonuje jedna norma. Można ją sformułować sposób następujący: trzeba robić to, co Organizacja zadecyduje i zaaprobuje. Organizacja podjęła decyzję, że w Meksyku można dawać łapówki, i że ma to być sprawą sumienia jednostki. Zatem, to jest do przyjęcia. Człowiek może dać łapówkę za dokument wojskowy i nadal sprawować jak najbardziej odpowiedzialne funkcje w Organizacji. Oddział kierujący pracą w tym kraju nie musi się o to przed Bogiem szczególnie troszczyć. Odnośnie służby zastępczej (jak również odnośnie sytuacji w Malawii) Organizacja zadecydowała inaczej. Każdy zatem człowiek, który nie podporządkuje się tej decyzji, jest niegodnym zajmowania jakiejkolwiek pozycji w zborze, uznawany jest za tego, który złamał wierność samemu Bogu.

Nie mogłem wówczas zrozumieć, jak chrześcijanie mogą akceptować taki sposób myślenia. Nie mogę tego zrozumieć również teraz. W moim odczuciu ten sposób myślenia sprawia, że wszystkie śmiałe, prawie grzmiącenawoływania do "pozostania nieskalanym wobec świata" brzmią pusto, są po prostu jak retoryka, jak usiłujący zrobić wrażenie język, który nie odpowiada rzeczywistości. W obliczu faktów dobrze znanych wszystkim członkom, którzy bądź to wypowiadali te słowa, bądź po prostu byli ich słuchaczami, osobiście nie mogłem podpisać się pod żadną z przyjętych dróg rozumowania, które dopuszczały istnienie takich sprzeczności.

Przez prawie dwadzieścia lat mieszkałem w krajach Ameryki Łacińskiej i nie dałem żadnej łapówki. Wiem jednak bardzo dobrze, że są miejsca, nie tylko w Ameryce Łacińskiej, lecz w różnych częściach świata, gdzie - chociaż prawo jest po stronie człowieka i to, co chcesz załatwić jest całkowicie zgodne z prawem - jest rzeczą prawie niemożliwą dokonać pewnych rzeczy bez dania urzędnikowi pieniędzy (do których nie ma on prawa). Nietrudno dostrzec, że osoba skonfrontowana z taką sytuacją, może potraktować ją jako wymuszanie pieniędzy. Podobnie mogło być w czasach biblijnych, kiedy to celnicy i żołnierze przymusem ściągali od ludzi więcej niż należy. Nie uważam za właściwe negatywnie osądzać ludzi, którzy czują się zmuszeni ulec takiej presji. Więcej, nie zamierzam osądzać braci z Meksyku, którzy - nie będąc chronieni przez prawo - po stępowali wbrew prawu. Nie ulegli wprawdzie bezpośredniemu przymusowi, lecz za to odwołali się do nielegalnego zabiegu przekupienia urzędnika oferując mu pieniądze za sfałszowane, niezgodne z rzeczywistością dokumenty.

Lecz nie ta postawa jest dla mnie tak szokująca, w całej tej sprawie nie to jest dla mnie przerażające. Przeraża mnie raczej fakt, że ludzie sprawujący najwyższą władzę w Organizacji potrafią nadać domniemanym jej "interesom" wagę tak ogromną w porównaniu z interesami zwykłych ludzi, posiadających dzieci, domy i pracę. Wielu spośród tych ludzi służy Bogu z poświęceniem nie mniejszym niż ci, którzy zasiadają jako trybunał, aby decydować o tym, co może, a co nie może się mieścić w sferze ich sumienia.

Przerażają mnie sprawujący władzę ludzie, którzy przypisują sobie prawo posiadania podzielonych opinii, od innych zaś wymagają całkowitego posłuszeństwa. Przerażają mnie ludzie, którzy nie ufają innym, gdy ci chcą korzystać z przysługującej im chrześcijańskiej wolności sumienia, podczas gdy sami oczekują od tych innych zaufania do siebie i swoich decyzji. Przerażają mnie ludzie, którzy w przedstawiony wyżej sposób nadają sobie prawo używania czyjegoś sumienia do ochrony nielegalnych manewrów i oczywistych zafałszowań faktów.

Przerażają mnie sprawujący władzę ludzie, którzy - gdy dochodzi do zmniejszenia liczby głosów z wymaganej większości 66 i 2/3% na 66 i 1/2 % - są w stanie utrzymać w mocy stanowisko, które może spowodować tragedię w życiu ich podwładnych: może doprowadzić do aresztowania, do wielomiesięcznego od dzielenia od rodziny i domu, do skazania na wieloletnie więzienie i to bez biblijnego uzasadnienia dla przyjętej polityki, polityki w niektórych przypadkach niewłaściwej, a jednak wymagającej pełnego podporządkowania się.

Przerażają mnie ludzie sprawujący władzę, którzy do podobnych w istocie spraw potrafią zastosować równocześnie dwa rodzaje norm. Z jednej strony gotowi są spowodować, że zwykli ludzie - mężczyźni, kobiety, dzieci - tracą domy i pola, są bici i torturowani, gwałceni i zabijani - a to wszystko z powodu odmowy zapłacenia w legalny sposób ceny za legitymację przynależności do organizacji, która jest - we wszystkich swych intencjach i celach - rządzącą instytucją ich kraju. Z drugiej zaś strony mówią ludziom z innego kraju, że mogą dawać oficerom łapówki za dokument, który fałszywie zaświadcza, że odbyli służbę wojskową i znajdują się w pierwszej rezerwie armii. Wszystko to jest dla mnie szokujące. I, niezależnie od tego, jak szczerzy byliby niektórzy spośród tych ludzi, wszystko to pozostaje dla mnie rzeczą przerażającą. Osobiście nie potrafiłem pojąć, jak to się dzieje, że dorośli ludzie nie potrafią dostrzec w tym wszystkim niekonsekwencji, nie czują odrazy do takiego postępowania, nie są głęboko poruszeni skutkami, jakie wywołuje ono w życiu ludzkim. W końcu wszystko to przekonało mnie, że "lojalność wobec organizacji" może prowadzić ludzi do niesamowitych wniosków, umożliwiać im usprawiedliwianie największych niesprawiedliwości, zwalniać z wyrzutów sumienia będących konsekwencją cierpień spowodowanych przez ich decyzje. Dobrze u dokumentowane znieczulenie, do jakiego może prowadzić wierność wobec organizacji, wciąż na nowo dawało o sobie znać na przestrzeni wieków. Znamy je zarówno z religijnej, jak i politycznej historii w postaci tak krańcowych przypadków, jak inkwizycja czy nazizm. Ale wierność taka - nawet ograniczona do pomieszczeń zamkniętych - wciąż wywołuje chorobliwe skutki tam, gdzie można by się jej najmniej spodziewać. W moim rozumieniu stanowi to poważny powód, dla którego Bóg nigdy nie zamierzał dopuszczać człowieka do sprawowania nad swoim bliźnim tak wielkiej władzy.


[1] Szczegóły dotyczące tych ataków oraz warunków życia w obozach dla uchodźców znajdujemy w 1965 Yearbook of Jehovah`s Witnesses (Rocznik Świadków Jehowy z roku 1965), s. 171 oraz w Przebudźcie się! z 8 lutego 1968 r.(wydanie angielskie) na s. 16-22, w Strażnicy z 1 lutego 1968 r. (wydanie angielskie) na s. 71-79; w Przebudźcie się z 8 grudnia 1972 r. (wyd. angielskie) na s. 9-28 oraz z 8 grudnia 1975 r. (wyd. angielskie) na s. 3-13.

[2] Argument ten został przytoczony w Przebudźcie się! z 8 grudnia 1972 r. (wyd. angielskie), s. 20. Artykuł napisany przeze mnie pojawił się 8 grudnia 1975 r., również w Przebudźcie się!

[3] New Webster's Dictionary, Deluxe Encyclopedic Edition.

[4] Por. Mat 17:24-27, gdzie Jezus stwierdza, że pewien podatek właściwie go nie dotyczy, pomimo to nakazuje on Piotrowi uregulowanie tego podatku, aby "nie dawać im powodu do zgorszenia".

[5] Rzym. 13:7.

[6] Mat 5:41.

[7] Czytamy tam: "A tego, który jest słaby w wierze, przygarniajcie życzliwie, bez spierania się o poglądy. Jeden jest zdania, że może jeść wszystko, drugi, słaby, jada tylko jarzyny. Ten, kto jada (wszystko) niech nie pogardza tym, który nie (wszystko) jada, a ten, który nie jada, niech nie potępia tego, który jada; bo Bóg go łaskawie przygarnął". "Kto bowiem spożywa pokarmy mając przy tym wątpliwości, ten potępia samego siebie, bo nie postępuje zgodnie z przekonaniem. Wszystko bowiem, co się czyni niezgodnie z przekonaniem, jest grzechem."

[8] Z notatek przedstawionych przez członka Ciała Kierowniczego, Lloyda Barry'ego.

[9] Z notatek członka Ciała Kierowniczego, Karla Kleina.

[10] Z wypowiedzi członka Ciała Kierowniczego Freda Franza podanych przez Williama Jacksona w liście do Pawła Traska.

[11] Z listu od Komitetu Oddziału Duńskiego, zacytowanego w notatkach Lloyda Barry'ego.

[12] Ze stwierdzeń członka Ciała Kierowniczego, Teda Jaracza.

[13] Ze stwierdzenia członka Ciała Kierowniczego, Carey'a Barbera.

[14] Ze stwierdzenia Freda Franza.

[15] Cytat z Przebudźcie się! noszącego datę 8 lutego 1968 r. (wydanie angielskie), ss. 21, 22; por. z Mat 7:1-5.

[16] W tym czasie (1978 r.) Nathan Knorr już nie żył. Fred Franz, poprzedni prezes, uczestniczył we wszystkich sesjach dotyczących służby zastępczej.

[17] Właściwie rząd Meksyku okazał Świadkom Jehowy dużo tolerancji. Trzeba bowiem wiedzieć, że przedstawianie się przez nich jako niereligijna, "kulturalna" organizacja, jest tylko wybiegiem.

[18] Dan. 6:1-11.

Tytuł "KRYZYS SUMIENIA: Dwojakie normy"
URL: http://watchtower.org.pl/kryzys_sumienia-6.php
Autor: Raymond Franz
Wprowadzono: 2001-02-13 (id:176). Ostatnie zmiany: 2001-08-04

Chrześcijański Ośrodek Apologetyczny
Copyright © 1999-2019 Jarosław Zabiełło (http://Apologetyka.com)