CHRZEŚCIJAŃSKI OŚRODEK APOLOGETYCZNY

/ Destrukcyjne sekty / Świadkowie Jehowy / Artykuł

Świadkowie Jehowy a zdrowie psychiczne

Leonard Chretien, Jerry Bergman
Film wideo: "Świadkowie Jehowy dzisiaj"
Przekład Julian Stefańczak.
Seria: sekty albo nowe ruchy religijne.
Copyright by Leonard Chretien, Good News Defenders - La Jolla, USA, 1990.
Projekt okładki art. fotografik Zdzisław Pacholski.
Wydawca Parafia rzymsko-kalolicka p.w. Ducha Św. w Koszalinie ul. ks. Staszica 38
Druk: "Grawipol" Słupsk, ul. Poznańska 42
HTML: Chrześcijański Ośrodek Apologetyczny


Leonard Chretien: Witam na projekcji filmu "Świadkowie Jehowy dzisiaj") Nazywam się Leonard Chretien i jestem autorem programów wideo o Towarzystwie Strażnica, znanym jako świadkowie Jehowy. Naszym zamierzeniem jest informowanie o aktualnych problemach, z którymi boryka się ta kontrowersyjna sekta.

Przedstawiam Państwu doktora Jerry'ego Bergmana - profesora psychiatrii i byłego świadka Jehowy. Podzieli się on z nami swoimi doświadczeniami jako aktywista tego ruchu i ekspert w dziedzinie zdrowia psychicznego. Opowie on o zagadnieniach związanych z zaburzeniami nerwowymi i psychicznymi wśród świadków Jehowy. Opowie nie tylko o skutkach oddziaływania tej organizacji na poszczególne osoby, ale także podzieli się z nami informacjami, które pomogą nam znaleźć drogę do ludzi, którzy stali się jej ofiarami.

Skoro mówimy o zdrowiu psychicznym to najpierw chciałbym dowiedzieć się jakie są podstawowe elementy zdrowia psychicznego.

Jerry Bergman: Przypuszczalnie najprościej określić można zdrowie psychiczne poprzez postawienie pytania: "czy jesteś szczęśliwy i czy jesteś w stanie poradzić sobie z różnymi problemami i cierpieniem, którego doświadczamy wszyscy?" Jest to sprawa wielkiej wagi społecznej, a szczególnie dla mnie z racji pracy ze świadkami Jehowy.

Okazało się, że występuje wśród nich wiele problemów związanych z funkcjonowaniem zdrowia psychicznego. Nie są one wcale wyjątkowe, lecz dość powszechne. Stwierdziłem, że około 10% osób z przeciętnego zboru bardzo potrzebuje takiej czy innej psychoterapii.

Nie chodzi tu więc o margines, lecz o niemałą liczbę ludzi. Oznacza to, że ludzie d wcale nie są szczęśliwi, że mają dość życia i że nie są w stanie sobie z nim poradzić.

Twoje doświadczenia nie są niepodobne do innych, także i moich jeśli chodzi o zaburzenia równowagi emocjonalnej, lecz mają one szerszą podstawę. Chciałbym abyś o niej trochę powiedział, a także jak udało ci się wejść tak głęboko w tę problematykę.

W college'u studiowałem psychologię przez co naturalnie interesowałem się ludzkim wnętrzem. Kiedy podjąłem służbę w swoim zborze zacząłem wciągać się w problemy świadków. Zdałem sobie sprawę, że nie były to problemy błahe i o wiele bardziej powszechne, niż myślałem.

Większość świadków, sądzę, jest przekonana, że są oni w znacznej mierze wolni od problemów natury emocjonalnej i że są one rzadkie. Stwierdziłem, że tak nic jest. Później podejmowałem pracę w różnych klinikach zdrowia psychicznego, a także wykładałem psychologię w college'u i prowadziłem badania naukowe nad problematyką zaburzeń psychicznych wśród świadków Jehowy. Stwierdziłem, że moje wyniki pokrywają się z rezultatami innych badaczy, i że problemy te były poważne i powszechne oraz wymagały poważnego potraktowania.

Na początku pomagałem poszczególnym świadkom, którzy potrzebowali pomocy klinicznej i takiej im udzielałem wykonując mój zawód. Byli moimi pacjentami. Także w zborze przydzielano mi przede wszystkim sprawy tych, którzy doświadczali takich problemów, ponieważ inni odpowiedzialni za regulowanie życia zboru wiedzieli, że mam ku temu przygotowanie. Proszono mnie o interwencję tam, gdzie inni nie czuli się wystarczająco kompetentni.

Zdajemy sobie sprawę z twojego przygotowania i oczywistej sympatii dla świadków Jehowy z którymi współpracowałeś, ale jak udało ci się pracować z nimi jako pacjentami?

W klinice zajmowałem się zarówno badaniami naukowymi, jak i psychoterapią. W tej ostatniej roli mogłem zajmować się wieloma świadkami. Oczywiście miałem szczególny ku temu powód. Dyrektor kliniki wiedział o tym i przydzielał mi pacjentów wywodzących się z tej organizacji. Mieliśmy odpowiedni system oceny zgłaszających się i w konsekwencji kierowano ich do najbardziej odpowiedniego dla nich terapeuty. Taki okazał się profil i zakres moich obowiązków.

Na podstawie twojego doświadczenia jako członka zboru i pracy w klinice, jakie były twoje spostrzeżenia i ogólne wyniki obserwacji? Jakie były powody zaburzeń emocjonalnych? Jak się one kształtowały?

Najbardziej powszechna była depresja, brak celu i sensu życia. Ludzie ci byli oddanymi świadkami Jehowy, jednak postrzegali nowy świat jako pewną iluzję i w wielu przypadkach wstrzymywali się z realizacją naturalnych potrzeb ludzkich, takich jak wykształcenie, kariera zawodowa, rozwijanie talentów artystycznych i innych zainteresowań. Sprawiali wrażenie, że żyją w zawieszeniu. Można to robić przez jakiś czas, ale po czterech, pięciu, sześciu, dziesięciu, dwudziestu latach trudno żyć w zawieszeniu, ciągle czekając. Wielu miało poczucie winy z powodu przeżywanej depresji i doświadczanych problemów. Wielu uważało, że nie przystoją one świadkom. Oprócz tego mieli poczucie winy z powodu odczuwanych pragnień.

Jedna pacjentka powiedziała mi, że jej upodobanie do muzyki poważnej wywołało u niej duże poczucie winy. Odczuwała to jako zło, gdyż zdawała sobie sprawę, że była ona komponowana na potrzeby Kościoła. Tak więc jej upodobanie do Bacha, Beethovena wytworzyło kompleks winy. Stwierdziłem, że świadkowie mają dużo takich powodów. Depresja, poczucie winy, wątpienie w siebie to jedno, ale także u wielu występują poważne wątpliwości co do wiarygodności samej organizacji. Wielu mocno wierzy, że to Bóg ją prowadzi, ale wielu ma pytania i wątpliwości, które są źródłem problemów. Zadręczają się tym. Zadają sobie pytanie czy nie marnują życia. To straszne dla tych, którzy poświęcają całe życie takiej organizacji jak "Strażnica", straszna myśl, że można marnować życie robiąc coś głupiego, oddając się organizacji, która zbłądziła.

Wątpliwości te kumulują się, aż wybuchają w końcu takimi poważnymi problemami emocjonalnymi, jak kompleks winy i depresja.

Miałem do czynienia z ludźmi zmaltretowanymi obsesjami, które wywodzą się z pułapki kompleksu winy w jaką wciąga ich ta organizacja.

Będąc starszym zboru przez wiele lat niejedno widziałeś. Lecz wszystkie rady udzielane w takich przypadkach przez organizację odwracały istotę sprawy od zewnętrznych uwarunkowań. Stwarzano z tego problem czysto duchowy, którego rozwiązanie widziano w intensywniejszej pracy nad materiałami publikowanymi przez "Strażnicę", a nie nad samą Biblią. Zauważyłem jednak w ostatnich publikacjach nieco odmienny ton, wskazujący na zrozumienie występowania problemów emocjonalnych wśród świadków Jehowy. Będąc niejako pionierem czy znajdujesz tego potwierdzenie w dostępnych materiałach? Czy zwróciłeś uwagę czynników oficjalnych na to zjawisko? Jaka była reakcja?

Zauważyłem to samo. Na początku zwalczano podejście zakładające konieczność pomocy i psychoterapii. Tak często reagowali członkowie ścisłego kierownictwa. Nie jestem przekonany, że słuchano uważnie mojego głosu, lecz wydaje się, że jednak nie pozostało to bez wpływu, tak jak i doniesienia z całego świata o samobójstwach i poważnych zaburzeniach psychiki. Stało się więc dla nich oczywiste, że w organizacji jest bardzo wielu chorych nerwowo. Mam tu na myśli nie tylko szeregowych wyznawców, lecz funkcyjnych, a także ścisłe kierownictwo. Dłużej nie mogli temu zaprzeczać. Zdali sobie sprawę, że to ich problemy i że trzeba je rozwiązywać.

Napisałem na ten temat serię artykułów i książkę. Wysłałem to do władz organizacji. Nigdy otwarcie mi nie przyznano, że wywarło to jakikolwiek skutek, lecz wiem i o innych, że wysyłali podobne sprawozdania. Pewien świadek z innego stanu napisał opracowanie na ten sam temat co ja. Wysłał je do władz i przeprowadził także odpowiednie rozmowy. Otrzymując podobne informacje z różnych stron musieli zdać sobie sprawę, że trzeba się tym zająć, że nic można dłużej ignorować zjawiska tak poważnego i powszechnego. Lecz to nie rozwiązuje problemu podstawowego jakim jest wciąganie ludzi w pułapkę kompleksu winy i narzucanie modelu życia w zawieszeniu, modelu żyda w nienormalnym świecie. Jeżeli przyjrzymy się dokładniej temu światu, to zastanawiające jest, dlaczego ludzie w nim jeszcze nie zwariowali lub przynajmniej nie doświadczali załamań nerwowych.

Przyznaje się teraz do występowania tych zjawisk, lecz w niewielkim stopniu i dawkuje się informacje. Władze zdają się nadal wierzyć, że problemy rozwiąże "bardziej gorliwa modlitwa, studium "Strażnicy" i świadczenie, choć w pewnych wypadkach mogą pójść na ustępstwa, jak wakacje, dwa lata college'u zawodowego zabronionego przez całe lata. Choć nadal źle patrzy się na studia, to dopuszcza się zdobywanie pewnego wykształcenia. W tych kwestiach nie ma już takiego dogmatyzmu, ale w innych, jak na ironię, jest on większy, powiększając listę problemów.

Interesujące to wynurzenia. Masz dostęp do większej ilości materiałów niż ja. A jak wyglądają rezultaty badań innych uczonych? Zgadzają się z tobą czy różnią?

Zbadałem inne prace o świadkach i wszystkie wskazywały dokładnie to samo. Mianowicie skala zaburzeń psychicznych jest tam czterokrotnie wyższa niż w całej populacji. Jest to poważny problem, na który wskazują wszyscy badacze. Moje wyniki nic różnią się od innych. Nie tylko w odniesieniu do Ameryki, lecz i do innych krajów, a także pokrywają się z obserwacjami poczynionymi 30, 40 lat temu. Mamy więc tu do czynienia z pewnym trwałym i stałym poziomem zaburzeń w długim okresie, bez względu na miejsce występowania.

Czy można mówić o pewnej statystyce chorób, że stopień zachorowań jest wyższy np. o 1/4, 1/3, gdzie jest wyższy, niższy? Czy można mówić o pewnych liczbach?

To zależy o jaką chorobę chodzi. W przypadku schizofrenii statystyka mówi o natężeniu od 4 do 6 razy wyższym niż wśród populacji nie-świadków Jehowy. Jeśli weźmiemy depresję, to przypuszczalnie jest ona wyższa od 6 do 10 razy. Zależy to od podejścia. Jeśli jesteśmy liberalni w kwalifikacji depresji, to jest ona wyższa od 5 do 10 razy. Jeśli rygorystyczni - to wyniki będą inne. Jednakże natężenie tej choroby jest u świadków Jehowy znacznie większe i to jest sprawą wielkiej wagi.

Praktyką Towarzystwa Strażnica jest ostracyzm. Przez wiele lat dotyczył on osób osaniętych z organizacji na zasadzie ekskomuniki. Ale od 1981 r. obowiązuje ta zasada w stosunku i do tych, którzy dobrowolnie opuszczają szeregi świadków Jehowy. Teraz mamy tysiące ludzi, do których plecami odwracają się dawni przyjaciele, krewni, rodzice, wszyscy. To musi być straszne dla tych ludzi. Co sądzisz o tym?

To dobre pytanie. Odwracanie się od byłych wyznawców praktykowane jest w niektórych innych wyznaniach, ale u świadków to coś więcej - towarzyskie oddzielenie, izolacja, całkowite odcięcie się od tej osoby.

Świadkowie uważają usuniętego za umarłego niejako w sensie dosłownym. Nawet rodzicom nic wolno z kimś takim rozmawiać, chyba że jest to absolutnie konieczne - co zdarza się rzadko. Najlepszą ilustracją tego niech będzie przypadek mojego pacjenta, młodego człowieka, który był entuzjastycznym świadkiem Jehowy przez 4,5 roku. Był on dobrym i pracowitym głosicielem, bardziej aktywnym od tych, którzy szczycili się stażem dwudziesto- czy trzydziestoletnim. Ciągle zadawał starszym zboru nurtujące go pytania. Ci zrazu odpowiadali grzecznie, ale kiedy pytania stawały się coraz bardziej trudne i kłopotliwe, zaklasyfikowano go nie jako poszukującego prawdy, lecz kłopotów i zmierzającego do rozbijania organizacji. W konsekwencji polecono mu powstrzymywać się od zadawania pytań i przyjmować to, co Towarzystwo głosi. Zaczął więc pisać do władz, usiłując uzyskać odpowiedź na nurtujące go problemy. Z biegiem czasu doprowadziło to do usztywnienia stanowiska władz. Oskarżono go o "wychylanie się" poza organizację Bożą. W końcu wzięto go pod specjalny nadzór i wyłączono z organizacji, ponieważ wydawało mu się, że aby oddać się organizacji musiał mieć pewność co do nurtujących go wątpliwości.

Po wykluczeniu cała rodzina została pozbawiona prawa komunikowania się z nim. Izolacja ta była dla niego tak dramatyczna, że w końcu popełnił samobójstwo. Zastrzelił się przed salą królestwa. Wywołało to duże poruszenie w społeczności.

Ten młody, dobrze znany mi człowiek był rozdarty, szukając odpowiedzi na dręczące go pytania i starając się być w zgodzie z najbliższymi. Jednak nie mógł zniewolić swojego intelektu i wyrzucić swoich rozterek. Kiedyś powiedział mi, że nic może kazać sobie zapomnieć o tych pytaniach. "Są one we mnie, myślę o nich, nie mogę ich wyrzucić, tak jak mi każą. Potrzebuję odpowiedzi, muszę je mieć." To, że nic mógł ich uzyskać było bardzo bolesne dla niego. Tak więc był rozdarty między swoimi potrzebami intelektualnymi, poszukiwaniami, a późniejszą izolacją od rodziny, od żony i dzieci także świadków Jehowy. Jest to dla mnie bardzo tragiczna historia, lecz i typowa jeśli chodzi o przyczyny wykluczeń.

Wśród najbardziej częstych powodów przeważają przyczyny seksualne i intelektualne, jak podważanie różnych aspektów doktryny i praktyki Towarzystwa "Strażnica". A są to często szczere pytania, które nurtują tych ludzi i w konsekwencji rujnują ich życie.

Przypomniała mi się praktyka sądzenia wyznawców przez komitet sądowniczy. Jako były starszy zboru i nadzorca jesteś zaznajomiony z tą praktyką sądzenia ludzi za popełnienie jakiegoś błędu, wykroczenia. Rozprawa taka może się skończyć surowym wyrokiem wykluczenia ze zboru, naznaczeniem, lżejszymi karami, ale z reguły znaczącymi. Pamiętam załamanych ludzi w obliczu sądu, w którym sam uczestniczyłem. Przychodzili oni spięci. Bali się nas - pasterzy organizacji - byli przerażeni. To nie mogło nie pozostać bez śladu w psychice i nie mieć związku z załamaniami nerwowymi. Jak się na to zapatrujesz? Jakie są twoje doświadczenia i odczucia?

Tak rzeczywiście wielokrotnie zetknąłem się z komitetem sądowniczym - jako sądzący i sądzony. Jest to dla wielu bardzo bolesne doświadczenie, ponieważ przyszłość i, w odczuciu wielu, całe życie zależy od decyzji ludzi z komitetu. Cała ta sytuacja nie jest za bardzo sprawiedliwa. Siedzisz sam, a naprzeciwko 3 oponentów, którzy cię przesłuchują, usiłując dopaść cię i złapać. Wtedy jesteś przegrany. Jeśli natomiast kierują się zrozumieniem i wolą przebaczenia wtedy wygrałeś. Fakty i twoje tłumaczenia nie są tu najistotniejsze. Tak więc dużo zależy od przesłuchujących. Spotkałem się z wieloma dramatycznymi przypadkami, jeśli chodzi o skutki. Jeden sądzony nie wytrzymał napięcia i popełnił samobójstwo na krótko przed przesłuchaniem, na którym miała zapaść decyzja o jego losie. Wydaje mi się, że nie chciał czy też nie mógł sprostać takiemu wyzwaniu. Wybrał śmierć.

W jednym przypadku sądziłem grupę ludzi oskarżonych o jakieś wykroczenie. Wprowadzono jednego, uznano winnym - kara naznaczenia. Wtedy skazany powiedział, aby osądzić również braci Jonesa, Taylora i siostrę Smith, bo oni robili to samo co on. W istocie nic bardzo poważnego. Odmówiono mu, bo nie chcieliśmy zaczynać polowania na czarownice. Bardzo go to rozzłościło, bo uważał, że innym też należy się kara, ale skończyło się na nim. Potem wystąpił z organizacji, nie dlatego, że go ukarano, lecz dlatego, że karę swoją uważał za rażącą niesprawiedliwość wobec tego, że inni jej uniknęli. Wykroczenie było takie drobne, że nawet już go nie pamiętam. Ale takie naigrywanie się ze sprawiedliwości okazuje się poważnym problemem. Jest nim także brak możliwości odwołania się od decyzji sądu. To bardzo bolesna sprawa. Jeśli człowiek od razu się nie otrząśnie, to jest właściwie skończony, bo nie ma skutecznego i sprawiedliwego systemu odwoławczego. Twój los jest całkowicie w rękach 3 ludzi z komitetu sądowniczego.

To racja. Jest tak zwany komitet odwoławczy dla zachowania pozoru, że można się odwoływać, ale zwykle klamka wcześniej zapadała. Instytucja ta to w istocie nic innego jak towarzystwo wzajemnej adoracji. Jeśli zapada wyrok wykluczenia, to sprawa musiałaby nabrać wielkiego rozgłosu, a wyrok być horrendalną pomyłką, aby został zmieniony. Normalnie odwołanie to sprawa z góry przesądzona.

O tak, tu musimy podnieść kwestię sprawiedliwości jako takiej. Zauważyłem, że ludzie stający przed sądem, zdając sobie sprawę, że nie mogą dochodzić sprawiedliwości wewnątrz organizacji, opuszczają jej szeregi. Wiele jest takich przypadków. Ten brak sprawiedliwości spędza sen z powie wielu świadków. Czują się bezradni, zniewoleni tym, że ich całe życie jest zaprogramowane i kontrolowane. To poczucie bezradności i zniewolenia jest czynnikiem wyzwalającym depresje i choroby nerwowe. Do więzienia wsadza się ludzi, aby doświadczyli sytuacji ograniczającej kontroli i odebrali ją jak o karę. Podobnie wielu świadków widzi swoją bezradność wobec niesprawiedliwości, co jest źródłem wielu problemów.

Dużo mówimy o wpływie tego wszystkiego na jednostkę. Musimy teraz spojrzeć na rodzinę. Będąc starszym w zborze byłem świadkiem licznych rozłamów w rodzinach: dzieci zbuntowane przeciw rodzicom, skłóceni małżonkowie. Pamiętam dzieci, które po osiągnięciu pełnoletności odchodziły od swoich rodziców i organizacji. Po prostu uciekały. Cóż to za stres dla rodziny, a świadkowie Jehowy chwalą się szczęściem rodzinnym. Poświęcają temu liczne artykuły. Nie sądzę, że ma to odbicie w rzeczywistości. Zbyt dużo jest przypadków rozpadu rodziny na skutek presji z zewnątrz.

Czy badając to zagadnienie wewnątrz organizacji i w pracy klinicznej potwierdzisz moją opinię? Jak wygląda tu sytuacja?

Zgadzam się z tobą całkowicie. Z doświadczenia wiem, że Towarzystwo "Strażnica" nie dba o rodzinę. Na bardzo ciężką jest ona wystawiona próbę. Z wielu powodów. Weźmy moją sytuację 5 spotkań w tygodniu po godzinie każde, dojazdy, przygotowania, służba w zborze w moim przypadku bardzo czasochłonna. Wyliczyłem, że zabierało mi to 30, 40, a czasem nawet 50 godzin w tygodniu plus oczywiście praca 40 godzin tygodniowo. Po prostu zajmowało mi to cały czas. Tak więc po pracy zawodowej i organizacyjnej nic miałem prawie w ogóle czasu dla rodziny. Sam brak czasu już stwarza problemy.

Pamiętam wyścigi do kuchni, aby sporządzić obiad i zjeść go. Nigdy nic było czasu na zmycie naczyń, bo czekały spotkania w zborze. Powrót często po godzinie dwudziestej drugiej. O tej porze nikt nic miał siły na zmywanie. Zostawał bałagan do rana, potem śniadanie, praca. Zostawiałem więc to wszystko żonie. Nie było jej łatwo. Największym problemem jest sytuacja, w której świadkiem Jehowy zostaje jeden małżonek, a drugi nie. Zdarza się to często. Należy wtedy podzielić obowiązki w gospodarstwie domowym, szczególnie jeśli to żona zostaje świadkiem. Konflikty stają się nieuniknione i są nieustanne. Konfliktową sytuację mamy wtedy, gdy jedna strona ma wątpliwości, a druga nie, jedna opuszcza organizację, a druga zostaje. Nierzadko prowadzi to do rozwodu. Innym czynnikiem rozbijającymrodziny jest rozwiązłość moralna w zborach. Niemało tam pokus.

Tak więc mamy wiele powodów, dla których rodzina nie jest tak scementowana, jak z upodobaniem się to opisuje.

Interesujące, że obecnie okazał się artykuł w "Strażnicy" mocno akcentujący sprawy młodzieży i jej problemy, takie jak bunt przeciw światu, negacja wszystkiego, a także ostrzegający przed pułapkami takimi jak narkotyki. Ja to odbieram jako przyznanie, że istnieje poważny problem młodego pokolenia. Sytuacja była niewesoła, kiedy byłem starszym zborn, a obecna presja na świadka Jehowy w szkole itp. wydaje się zaogniać ten problem.

Moja własna córka była bardzo samotnym dzieckiem. Odradzaliśmy jej innych przyjaciół niż świadkowie, czyli ich dzieci. Trzymała się z dala od innych, aby nie oddawać honorów fladze i hymnowi narodowemu, nie uczestniczyć w życiu szkoły jak normalne dzieci. Nastawiona była na "nie". Sądzę, że to ją zmieniło. Była spokojnym, cichym i samotnym dzieckiem. Na szczęście rozwinęła się w normalną, zrównoważoną pannę, ale nie mam przekonania, że tak jest z innymi dziećmi.

Ja sam jako dziecko cierpiałem bardzo z powodu izolacji. Sądzę na podstawie swoich doświadczeń, masz i w tej sprawie niejedno do powiedzenia.

O tak, w istocie bardzo trudno dziecku świadków Jehowy normalnie się rozwijać. Jest tyle zakazów nieobowiązujących innych i bardzo silne poczucie izolacji. W mojej szkole nie było świadków Jehowy, tak że nie wolno mi było z nikim przyjaźnić się. Skazany byłem na samego siebie. W okolicy też nie było świadków rówieśników. Zmuszony byłem inaczej zaspokajać swoje potrzeby społeczne. To nie takie łatwe żyć w takim środowisku. Tego władze nie widzą. Niedługo i tak koniec świata, więc to nieważne. Lecz jednak coraz bardziej się z tym liczą, gdyż młodzi świadkowie mają wiele poważnych problemów i trzeba na nie jakoś zareagować. Dlatego więc ukazuje się coraz więcej artykułów o młodzieży. Lecz to na niewiele się zda, dopóki istnieje sytuacja, w której innych postrzega się jako zło i nie można uczestniczyć w tak wielu szkolnych i pozaszkolnych zajęciach z wyjątkiem niezbędnie koniecznych.

Naprawdę trudno mi zrozumieć jak w takich sytuacjach dziecko rozwija się normalnie. Oczywiście wielu się potem dostosowuje i pokonuje problemy z okresu młodości. Lecz trzeba dużo pracy i czasu, aby przemóc piętno dzieciństwa dziecka świadka Jehowy. Dlatego tak wielu dorosłych świadków boryka się z tyloma problemami. Pracując przez kilka lat w sądzie miałem do czynienia z przestępcami o rodowodzie świadka Jehowy. Intryguje mnie to, jak wychowany na świadka człowiek mógł zostać mordercą, gwałcicielem, sprawcą okrutnej zbrodni. Lecz było wielu takich i to dlatego, że byli niedostosowani społecznie w młodości, a potem nie mogli poradzić sobie z obowiązkami dorosłych i dorosłym życiem. A zbrodnie, które popełnili, mają swoje źródło właśnie w tym niedostosowaniu.

Jeśli chodzi o komitet sądowniczy i inne dyskutowane kwestie, to obok palenia tytoniu możemy jeszcze mówić o narkotykach, rozwiązłości i temu podobnych sprawach. Utkwiła mi szczególnie w pamięci pewna sprawa niezwykła jak na rzekomo czystą organizację chrześcijańską. Trzech młodych mężczyzn z mojej okolicy dokonało w Palm Springs napadu rabunkowego z bronią. Zajął się nimi oczywiście komitet sądowniczy i wydalono ich. Sprawa nie budząca wątpliwości

Czy w twojej praktyce spotkałeś się z podobnymi sprawami w tej organizacji?

Pracując w sądzie odkryłem ze zdumieniem, że wielu przestępców było wychowywanych na świadków. Zbadałem to zjawisko. Na skutek zniechęcania młodych ludzi do podejmowania studiów, robienia kariery zawodowej i rozwijania osobowości pozostawali oni na dole drabiny społecznej. Wielu świadków pochodzi z klas najniższych lub niższej klasy średniej, więc obcuje naturalnie bliżej z elementem przestępczym. Wielu wciągnięto do zbrodni lub sami weszli na tę drogę z różnych powodów.

Z mojej praktyki pamiętam przypadek, gdy jeden chłopiec zastrzelił drugiego, bo ten nie chciał dać się obrabować. Inny chłopiec, pochodzący z rodziny bardzo aktywnych świadków, okazał się wielokrotnym gwałcicielem i otrzymał wyrok dożywocia, eliminujący go ze społeczeństwa. W trakcie rozmów z przestępcami starałem się ustalić przyczyny popełniania tych strasznych czynów. U wielu frustracja i złość na organizację była tak wielka, że odreagowywali agresją wobec swoich bliskich czy też obcych. Odkryłem powody takich zachowań. Czasem były to czynniki środowiskowe. Sądzę, że religia świadków Jehowy wywiera nacisk, aby nie opuszczali oni klas najniższych, ubogich lub co najmniej niższej klasy średniej, a to sprzyja czy też ułatwiali im kontakt ze światem przestępczym. Trzeba się temu uważniej przyjrzeć. Niektóre organizacje popierają zdobywanie wykształcenia. Świadkowie czyniąc odmiennie stwarzają wiele negatywnych tego konsekwencji i uwarunkowań takich jak wysoki poziom przestępczości.

Napinałem o tym swoją pracę doktorską. Pisząc o religii i przestępczości wykazałem, że przeważnie religia ma wpływ pozytywny na zachowania przestępcze. Zanotowano tylko kilka przypadków złego wpływu religii, wśród nich są świadkowie Jehowy.

Rzecz w tym, że Towarzystwo nie tylko nie zachęca, ale odradza swoim członkom korzystanie z pomocy specjalistycznej. Gdyby tak nie było to wiele tu omawianych spraw nie miałoby tak radykalnego wymiaru. Zarówno twoje jak i moje doświadczenia to potwierdzają.

Tak, to tragiczne, że zniechęca się załamanych świadków do szukania pomocy u specjalistów. Znam wiele przypadków nieuzyskania takiej pomocy przez osoby, które jej bardzo potrzebowały. Przypominam sobie jednego bardzo aktywnego świadka, który po wielu latach służby zaczął bardzo dziwnie się zachowywać. Podejrzewano, że to za sprawą mebli zakupionych od Armii Zbawienia. Miały mieć w nich swą siedzibę demony. Spalono mu więc po kolei prawie wszystkie meble, ale stan właściciela ciągle się pogarszał. Przystąpiono więc do niszczenia garderoby, potem innych przedmiotów, jak portrety rodzinne. Kiedy i to nic nie dato wreszcie usłuchano mojej rady, aby zabrać go do lekarza na badanie, które wykazało guza mózgu. Potwierdzono diagnozę laboratoryjnie i zachodziła konieczność zabiegu chirurgicznego. Ponieważ odmawiał transfuzji krwi zaczęły się poszukiwania chirurga, który zdecydowałby się na operację bez transfuzji. Z wielkim trudem znaleziono takowego w innym mieście. W drodze do szpitala pacjent zmarł.

Dla mnie jest to ilustracją pewnej praktyki, która sprowadza się do dyskredytowania potrzeby szukania pomocy specjalistycznej poza organizacją. To prawda, że nie ma niechętnego stosunku do lekarzy jak dawniej bywało. Teraz zaleca się, aby świadkowie trzymali się z dala od psychologów, psychiatrów, jakichkolwiek specjalistów od zdrowia psychicznego. Rodzi to wiele problemów. Mimo że Towarzystwo nie wydało wiążącego zakazu, to literatura "Strażnicy" jasno klasyfikuje tego typu pomoc jako niewłaściwą lub co najmniej niedojrzałą. Postawa świadków Jehowy wobec instytucji zdrowia psychicznego jest zdecydowanie negatywna i w konsekwencji wielu z nich nic korzysta z potrzebnej im pomocy.

To bardzo interesujące. Statystyka potwierdza to, o czym wiedzą wszyscy, że na przełomie lat 70 i 80 szeregi organizacji opuściło około l min osób. To niemało, około 1/3 ogólnego stanu. Sytuacja ciągle się powtarza. Ludzie kierują się przeróżnymi motywami. Ludzi usuwano z różnych powodów. Wielu jest dysydentów, którzy widzą, że roszczenia "Strażnicy" są bezzasadne, że wyznaczanie ludzi do odgrywania szczególnej roli w Jedynej Bożej Organizacji od 1918/1919 r. to żart i wstyd, a także zmiany doktryny, fałszywe proroctwa: 3 wielkie pomyłki i liczne drobniejsze w ciągu ostatnich 100 lat. Jest tego wszystkiego coraz więcej. A ja ciągle myślę o tym, że w organizacji jest bardzo dużo porządnych, uczciwych, lecz zwiedzionych ludzi doświadczających wszystkiego tego o czym mówiliśmy, jest gdzieś takie milion osób, które odeszły. Od tych ludzi otrzymujemy stosy listów. Są oni wypaleni, prawie antyreligijni lub obojętni religijnie, wiele osób wykazuje oznaki ostrej depresji, głębokiego zestresowania. Więc pomyślmy.

My tak sobie siedzimy, dyskutujemy problemy, przyczyny - oczywiście nie wszystkie. Lecz zastanówmy się: Co możemy zrobić jako osoby zainteresowane? Nie widzimy w tych ludziach materiału do analizy klinicznej czy socjologicznej! Są oni dla nas żywymi osobami. W Jaki sposób możemy im pomóc? Czytałem twoją książkę, o której za wiele nie mówiliśmy, a która oprócz opisu różnych przypadków stawia problem realnej pomocy świadkom. Porozmawiajmy o tym na zakończenie.

To bardzo ważna sprawa, bo wielu odchodzi i wielu ma rzeczywiste problemy. Wielu się ostatecznie dostosowuje. Musimy zdać sobie sprawę z tego jak trudno odejść od tej organizacji. To nie takie sobie zwykłe ugrupowanie religijne. Obejmuje ono całe ludzkie życie, które kręci się wokół świadków i zbliżającego się Armagedonu. Tylko w tym kręgu można mieć przyjaciół. Jeśli opuści się ten świat nie ma się na czym oprzeć i wypełnić pustki, skoro cały system funkcjonowania człowieka uległ rozbiciu. To dramatyczne doświadczenie, gdy tak dużo się traci: całą strukturę wiary, przyjaciół, często pracę, karierę itd. To pozostawia głęboki uraz. Pomóc takim ludziom można, gdy daje im się coś w zamian. Jeśli stracili przyjaciół trzeba im zaoferować nowych. Jest to bardzo trudne, jeśli do tej pory przyjaciółmi byli wyłącznie świadkowie, a na innych patrzyło się z góry jako gorszych czy "złych" w odróżnieniu od "dobrych" świadków.

W wielu dużych miastach działają grupy pomocy dla byłych świadków, którym brakuje osób bliskich, a którym pomaga się znaleźć miejsce w społeczeństwie i przemodelować myślenie na pozytywne w odniesieniu do innych ludzi, instytucji, choćby takich jak inne religie, aby zobaczyć, że do innych kościołów chodzą też dobrzy ludzie. To powolny i trudny proces, ale większość moich rozmówców po 5, 10 latach dziwi się dlaczego nie odeszli wcześniej. Dla wielu jest to strata 10 czy 20 lat życia, dla innych okres, który się skończył. Cóż, mówią, byłem tam 20 lat, żałuję, ale tego nie cofnę, muszę więc dobrze przeżyć pozostałe lata. Niełatwe to, ale wykonalne. Interesujące natomiast jest to, że tylko naprawdę bardzo nieliczni decydują się na powrót. Po pięciu latach powraca nic więcej niż l na 1000. To niewiarygodnie mało, a z tej liczby wielu odchodzi ponownie. Oznacza to, że po przystosowaniu się do rzeczywistości, praktycznie już się tam nic wraca.

W odróżnieniu do dziesiątków tysięcy rozbitków odchodzących z organizacji są takie bardzo zrównoważeni świadkowie, pozostający tam przez cały czas działalności, którzy w takiej samej kondycji odchodzą. Niektórzy teologicznie poustawiani. Można kogoś wyciągnąć z organizacji, ale bardzo trudno wyciągnąć tę organizację z ludzi. Zdumiewa to, że wielu byłych świadków przez lata całe nosi "Strażnicę" w głowie. Niektórych prześladuje nawet poczucie winy, pozostają niejasności, pytania. Musimy wykazać olbrzymią cierpliwość w stosunku do byłych świadków. Drogę do Damaszku pokonuje się w różnym tempie, niektórzy dużymi krokami, nawet biegnąc, inni się czołgają. Zasługują na naszą miłość i życzliwość. Zachęćmy ich do życzliwego spojrzenia na chrześcijaństwo, do czytania Pisma Świętego i zrozumienia, że zbawienia dostępujemy z łaski, że nie można nadal obstawać przy samych uczynkach i przestrzeganiu litery Prawa. Te sprawy tkwią głęboko po latach indoktrynacji. Możemy zachęcać ich do radosnej lektury Biblii, aby spokojnie pojęli istotę miłości Bożej do człowieka, ukazanej w Jezusie Chrystusie. Taka zachęta i delikatne, z miłością ukierunkowanie na badanie tych spraw, przemodelowanie tego co jeszcze w nich tkwi z przeszłości i ponowne świeże spojrzenie może zdziałać cuda.

Znam wspaniałych chrześcijan zdrowych psychicznie, szczęśliwych w rodzinie, którzy opuścili "Strażnicę" i nikt by nie zgadł, że tam kiedykolwiek byli.

Też spotkałem się z takimi ludźmi. Ale profil mojej profesji ukierunkowuje mnie na źle, a nie dobrze przystosowanych, na tych co mają problemy. Te sprawy znam lepiej. Poruszyłeś tu bardzo ważną kwestię - musimy być bardzo cierpliwi, bo wielu potrzeba całych lat na wyrzucenia z siebie "Strażnicy". Znam takich, co po 20 latach przywiązani są do dawnych poglądów. Nie czują potrzeby wymiany na inne. Jeśli mamy im pomagać to musimy im uzmysłowić co trzeba wymienić. Nie jest to łatwe bo niejedna koncepcja "Strażnicy" jest w istocie bardzo dobra: nacisk na życie w czystości, na dobrą rodzinę - inna kwestia to praktyka - ale takie akcenty tam występują. Jeśliby były same minusy, to nikt by tam nie szedł. Sądzę, że tu można szukać przyczyn rozwoju liczebnego, to tak jak miód z łyżką dziegciu, trucizna jest jadalna w dobrym opakowaniu i towarzystwie. I bardzo trudno zrobić tu porządek i pooddzielać ziarna od plew. Dlatego tak długo pozostają tam ci, którzy widzą zło, jak na przykład kolejne nieudane przepowiednie.

Znam jednego człowieka, który był świadkiem przez 80 lat, przeżył 6 czy 7 chybionych przepowiedni takich jak w 1925 r. Wszystko widział. Wystąpił dopiero w 1975 r. Zapytałem o powód takiego zwlekania, skoro wiedział, że mówili brednie. Powiedział: "tyle rzeczy mnie tam trzymało, tyle dobra, którego nic mogłem zostawić". Ale zło rosło. Rok 1975 przeważył szalę. Wyswobodził się przed 90-tką. Miał długą drogę, jak widu z nas. Trzymało go tam dobro. Mylą się ci, którzy widzą tylko negatywy, bo nie zauważają jakim magnesem może być "Strażnica".

Jest dla mnie oczywiste, że nasze doświadczenia są o wiele głębsze i bogatsze niż może to sobie wyobrazić przeciętny świadek Jehowy.

Tak, dlatego trudno nam tak po prostu relacjonować cierpienie i tragedie wielu ludzi wciągniętych w pułapkę "Strażnicy". Myślę teraz o tych nieszczęśnikach, których poznałem przez 10 ostatnich lat, o niewiarygodnym, niewypowiedzianym cierpieniu, tych których życie po prostu zrujnowano czy niszczono przez tyle lat. Sądzę, że świadkowie Jehowy to jedna z tragedii XX wieku. Potrzeba więcej wiedzy o tym jaka jest ich organizacja i jakim jest źródłem nieszczęść i problemów. Wiemy o tragedii w Jones Town, ale nie sądzę aby wielu wiedziało o niewypowiedzianych tragediach zawinionych przez organizację "Strażnica". Trzeba wiedzy, aby można zareagować. Miejmy nadzieję, że po naszej rozmowie parę osób lepiej pozna tę okropną sytuację.

Wiedza potrzebna jest nam wszystkim, tym którzy mogą spotkać się ze świadkami Jehowy, tym którzy działają w organizacji, tym którzy odeszli. Wszystkim należy się nasza miłość i sympatia, także i współczucie za niezwykle przeżycia. Stanowią oni część organizacji bardzo roszczeniowej i gnębicielskiej, gdzie na zbawienie pracuje się wiernością dla organizacji i jej praw. To wszystko o czym dzisiaj była mowa, może prowadzić do depresji, chorób psychicznych i załamań nerwowych. Jako chrześcijanie winniśmy okazać tym ludziom nasze serce i ujrzeć w nich ofiary.

To nagranie ma pomóc w zrozumieniu i w postępowaniu ze świadkami Jehowy. Mamy nadzieję, że będzie teraz można lepiej zrozumieć tych Indzi i wpływ jaki ma na nich ich religia. Kontynuując tę serię będziemy mówić o ludziach i sprawach świadków. Zajmiemy się także historią i szczególnymi naukami głoszonymi przez organizację "Strażnica".


Parafia rzymsko-katolicka p.w. Ducha Świętego w Koszalinie, ul. ks. Staszica 38 oferuje za zaliczeniem pocztowym kaset? wideo z polską wersją językową amerykańskiego filmu Leonarda Chretiena z Good News Defenders pt. "Świadkowie Jehowy" (Witnesses of Jehovah)

Film "Świadkowie Jehowy" ukazuje kulisy postępowania Towarzystwa "Strażnica", które sprawuje tyrańską kontrolę nad 3 milionami członków. "Strażnica" to "wielki interes". W samych tylko Stanach Zjednoczonych ponad 700 tysięcy świadków Jehowy poświęca 130 min osobogodzin rocznie kramarząc po domach swoją niby ewangelią. Ten wstrząsający, demaskatorski film podejmuje temat organizacji o niewiarygodnych obrotach i niszczycielskim wpływie na życie tych, którzy "kupują" jej kłamliwą propagandę.

Film "Świadkowie Jehowy" rekonstruuje historię tej organizacji od pierwszych dni jej formowania się, wnikając w istotę wymyślnych konstrukcji, matactw i fałszywych przepowiedni, którymi posługuje się ta pseudochrześcijańska sekta, aby rozbudować na całym świecie imperium religijnej manipulacji.

Film ten wykorzystuje wiarygodne materiały z "pierwszej ręki" i profesjonalne oceny autorytetów, byłych przywódców centrali w Brooklynie, byłych świadków Jehowy z długoletnim stażem oraz dorobkiem naukowym i edytorskim, niezależnych biblistów, jak też i aktualnych liderów tego ruchu.

Autorzy polskiej wersji językowej mają zgodę Leonarda Chretiena na kopiowanie i kolportowanie tego filmu i zastrzegają sobie wyłączność.

W przygotowaniu są następne filmy na temat świadków Jehowy, agresywnie penetrujących środowiska katolickie. Film ten powinien obejrzeć każdy katolik. Film ten powinna posiadać każda parafia. Jest to film religijny jakiego w Polsce jeszcze nie było.

Zamówienia kierować do: Parafia rzymsko-katolicka p.w. Ducha Św. w Koszalinie, ul. ks. Staszica 38, tel. 543-33.

Tytuł "Świadkowie Jehowy a zdrowie psychiczne"
URL: http://watchtower.org.pl/zdrowie_psychiczne.php
Autor: Leonard Chretien,Jerry Bergman
Wprowadzono: 2001-02-13 (id:177). Ostatnie zmiany: 2001-08-04

Chrześcijański Ośrodek Apologetyczny
Copyright © 1999-2019 Jarosław Zabiełło (http://Apologetyka.com)